niedziela, 15 kwietnia 2018

Kolejna notka


Woah!
Wynik sondy odrobinę mnie zaskoczył, nie ukrywam. Skąd się nagle was tutaj tyle wzięło, hmm? ;)
Oczywiście cieszę się, że jest was więcej, niż podejrzewałam.

Tak więc jednak chcecie drugą część :)
Gdzieś w głębi siebie myślałam, że poprzestaniemy na pierwszej, a tu proszę!
Na szczęście napisałam dwójkę praktycznie w całości, brakuje mi może jednego rozdziału i epilogu, ale to lepiej, bo teraz kompletnie się zablokowałam i nie jestem w stanie napisać dosłownie NIC, a zaczęłam coś nowego. Jeśli się nie odblokuję, druga część Ivy oraz Vivienne będzie zakończeniem mojej przygody z pisaniem. No cóż, kiedy trzeba, prawda? ;)

Zapraszam was na bloga z drugą częścią - KLIK -
Dodałam już prolog, kolejny będzie w piątek.
Jeśli ktoś woli czytać na Wattpadzie, tam również się pojawi :)

Ściskam was mocno i dziękuję!
Kasia







czwartek, 12 kwietnia 2018

Notka


Na początku chcę wam bardzo podziękować, że byłyście ze mną przy kolejnym moim opowiadaniu :)
Jestem wdzięczna za każdy komentarz, każde ciepłe słowo, wsparcie. Bez was nie miałoby to sensu, dlatego jeszcze tutaj jestem - dla was, chociaż została was już tylko garstka. Patrząc wstecz na poprzednie moje opowiadania te nowe dzieli wręcz przepaść. Nie wiem sama od czego to zależy. Dawniej komentarzy było dużo więcej, teraz z tym kiepsko, ale nie ma sensu się nad tym rozdzwonić. Widocznie tak ma być :)

Są opowiadania, które lepiej zostawić w spokoju po pierwszej części, a są i takie, które zasługują na coś więcej. Nie wiem, czy to do nich należy, jednak napisałam drugą część zaraz po skończeniu pierwszej. Miałam napływ weny i coś tam skrobnęłam, ale mam wątpliwości, czy publikacja drugiej części jest potrzebna. Może lepiej zostawić tak, jak jest?
Decyzję jednak pozostawię wam. Na dole jest sonda, zachęcam do głosowania. Jeśli będzie sporo chętnych, druga część się pojawi. Jeśli nie, skończymy na tej jednej.
Głosowanie potrwa do niedzieli :)

Jeszcze raz ogromne podziękowania!
Ściskam was mocno
Kasia
❤️





środa, 11 kwietnia 2018

Rozdział dwudziesty siódmy


Ivy POV:

Kiedy proszę, żeby zostawiła mnie samą robi to bardzo niechętnie. W drodze do drzwi patrzy na mnie podejrzanie, jakby nie była przekonana czy faktycznie wyjść. Kiedy obracam się na bok okrywając kołdrą po samą szyję, kapituluje i wreszcie mogę napawać się ciszą. Poprosiłam ją, aby zatrzymała tę wiadomość dla siebie. To jest mój problem i zamierzam poradzić sobie z nim sama. Nadal nie dotarło do mnie, że jestem w ciąży, ale wiem jedno; nie chcę tego dziecka. Ledwo zaczęłam studia, a mam zostać matką?
Moją pierwszą myślą było pozbycie się nieproszonego gościa, który wygodnie zagnieździł się w moim brzuchu. Nie wiedziałam o jego istnieniu, nie czułam z nim żadnej więzi. Może to brzmi brutalnie, ale taka była prawda. Nie byłam na to gotowa i nie zamierzałam wydać je na świat. Moment był koszmarny! Nie dość, że byłam po próbie samobójczej, moje życie na uczelni przypominał słaby horror, w dodatku miałam na głowie swojego ex, który nie zamierzał się odczepić. Gdyby tylko wiedział o dziecku, na pewno nie pozwoliłby mi na takie myślenie i zagłaskałby mnie na amen! A ja nie jestem teraz w stanie normalnie funkcjonować. Nie jestem gotowa na żadne zmiany, pójście dalej, na powrót do własnego, popieprzonego życia. Nie znam się na dzieciach, nie miałam z nimi do czynienia, dlatego na pewno byłabym koszmarną matką. Nie zamierzam przekazać tej biednej istocie nic z siebie, żeby jej życie nie stało się takie, jak moje. Jednak im dłużej o tym myślę, tym dochodzę do wniosku, że jestem taka sama jak moja matka. Zostawiła mnie zaraz po porodzie, ja myślę nad rozwiązaniem problemu zanim na dobre się rozwinie. Czy mama też czuła się tak beznadziejnie, jak ja teraz? Czy oddała mnie, bo nie czuła instynktu, miłości? Po prostu się "pojawiłam", a ona nie chciała mnie zatrzymać. I chociaż nienawidziłam jej przez te wszystkie lata, miałam ogromny żal, że opuściła mnie i skazała na okrutny los, teraz zaczynam ją rozumieć. Urodziła mnie mimo wszystko, ja jestem gorsza, bo chcę zabić to biedne dziecko. Brzmi strasznie, jednak w tym momencie nic nie czuję. Nie jest mi przykro, nie smucę się, nie męczą mnie nawet wyrzuty sumienia, na myśl o tym, co chcę zrobić, a chcę zrobić coś złego. Tak musi być, w tej sytuacji nie ma innego wyjścia.
- Co powiedziała psycholog? - Justin przerywa moje rozmyślenia, zajmuje swoje ulubione miejsce i wlepia we mnie te piękne, czekoladowe oczy, w których się zakochałam. Tonę w nich, aż muszę odwrócić wzrok.
- Nic, a co miała powiedzieć? Pogadała sobie i poszła - wzruszam ramionami, nie wspominając o dziecku.
- Obiecuję, że wszystko będzie dobrze, Ivy. Dojdziesz do siebie, a ja zajmę się resztą. Mam pewien plan.
- Nic nie mów, proszę - kręcę głową, zamykam oczy i owijam się ciaśniej kołdrą - Nie chcę nic wiedzieć.
- W porządku. Opowiem ci o nim jak będziesz już mogła wyjść. Rozmawiałem z lekarzem, powiedział, że zatrzyma cię dwa, trzy dni - mam ochotę roześmiać się na głos. Nigdy nie zostanę tutaj aż tyle czasu - Muszę pojechać się przebrać, wziąć prysznic i wrócę na noc. Nolan przyjedzie dotrzymać ci towarzystwa.
- Nie chcę, żeby ktokolwiek mnie odwiedzał. Chcę zostać sama, Justin. Naprawdę ciężko to zrozumieć?
- Nie, ale nie powinnaś być sama. Próbowałaś się zabić, nie wiem, co jeszcze strzeli ci do głowy.
- Och, więc boisz się, że zrobię to ponownie? - uśmiecham się na tę myśl. Wcześniej miał mnie w nosie.
- Owszem, boję się. Przez noc myślałem, że nie żyjesz. Za nic w świecie nie chcę przechodzić tego znowu.
- Jedź do domu, spędź noc we własnym łóżku i idź jutro na zajęcia. Jestem dorosła, poradzę sobie.
- Nie chcę tego słuchać. Niebawem będę z powrotem, odpocznij - pochyla się, patrzy mi w oczy, a serce podskakuje w mojej piersi - Kocham cię, biedroneczko - całuje mnie w czoło, pstryka w nos i wychodzi.


Nolan się nie pojawia, dzwoni do mnie i rozmawiamy czterdzieści minut. Bardzo chciał przyjechać, ale poprosiłam go, żeby tego nie robił. Niechętnie się zgodził, jednak uszanował moją decyzję. Nie chcę tutaj nikogo, bo zapewne nie pozwoliliby opuścić mi szpitala. A ja czekam na doktora Rogera, który właśnie przygotowuje mój wypis, wciskam się w jeansy, poplamioną krwią koszulkę i kurtkę. Nie mam świeżych ciuchów, ale teraz mało mnie to obchodzi. Chcę opuścić to miejsce, nie ma powodu, żebym tutaj została.
- Jestem - doktor Roger wchodzi do środka, staje przede mną i podaje mi kartkę - Wiedz, że nie popieram twojej decyzji o wypisie na żądanie. Powinnaś tutaj jeszcze zostać i pójść na terapię. Psycholog przekazała ci informację o ciąży, jesteś umówiona z ginekologiem za godzinę. Zostań proszę i zgódź się na badanie.
- Nie ma takiej potrzeby, doktorze. Umówię się z ginekologiem kiedy indziej, wizyta nie ucieknie.
- Mam córkę w twoim wieku - zaczyna, uśmiechając się smutno - Jest moim oczkiem w głowie, uwielbia grać na pianinie. Pewnego dnia ni stąd, ni zowąd podcięła sobie żyły. Odratowaliśmy ją w ostatniej chwili. Wyznała, że wpadła z pewnym chłopakiem i bała się, że nigdy nie zaakceptuję tego, co zrobiła. To moja córka, kochamy ją z żoną ponad wszystko i zabolało nas, że nie ufała nam na tyle, aby po prostu się przyznać. Urodziła śliczną, zdrową dziewczynkę, Mandy. Ma teraz siedem miesięcy, jestem w niej zakochany - patrzy na mnie, a w jego oczach można ujrzeć tę miłość. Polubiłam tego miłego doktorka, wygląda na porządnego faceta - Przebadaj się, sprawdź, czy z twoim dzieckiem wszystko w porządku.
- Dobrze - kapituluję. Czułabym się fatalnie, gdybym odmówiła - Możemy to jakoś przyśpieszyć?
- Myślę, że tak. Podejdźmy do doktor Francis - kiwam głową, opuszczamy moją salę i zjeżdżamy na drugie piętro - To przemiła kobieta, nie bój się - otwiera białe drzwi, przepuszcza mnie pierwszą, a moim oczom ukazuje się gabinet ginekologiczny - Francis, czy masz może teraz czas? Wiem, że Ivy była umówiona dopiero za godzinę, jednak sprawy się trochę skomplikowały i potrzebuje badania teraz. Dasz radę?
- Właśnie przed sekundą wyszła pacjentka, kolejna będzie za piętnaście minut. Myślę, że zdążymy - wstaje zza biurka i pochodzi do mnie - No dobrze, Ivy. Rozbierz się od pasa w dół i połóż na łóżku. Zrobię usg - dodaje mi otuchy uroczym uśmiechem i myślę sobie, czy wszyscy lekarze pracujący w tym szpitalu są tacy mili i życzliwi. Wykonuję jej polecenie, słyszę, jak doktor Roger wychodzi, a kobieta dołącza do mnie.


Idę przed siebie, zmierzam na przystanek i chociaż nie chcę, muszę wrócić do akademika. Nienawidzę tego miejsca, ale gdzież indziej miałabym się udać? To teraz mój dom i muszę zastanowić się, co dalej. 
Jestem skołowana, w mojej głowie szaleje tornado myśli, a przed oczami widzę czarno-biały obraz na monitorze i coś w środku. Maleńkie niczym okruszek albo przecinek. Ledwo widoczne, chociaż doktor Francis powiedziała, że to koniec czwartego tygodnia. Wysilam się i próbuję przypomnieć, jakim cudem do tego doszło? Skoro Justin zawsze się zabezpieczał, co poszło nie tak? Czy ta gówniana gumka pękła? Coś przeciekło? Nie mam pojęcia, a teraz i tak jest to mało ważne, skoro już się stało. Jestem w pieprzonej ciąży! Niby jak to ma wyglądać, skoro wydarzyło się tak wiele rzeczy? To dziecko niczego nie zmienia, nie dla mnie. Nawet nie wiem, czy jest zdrowe, a piłam alkohol i wcale go sobie nie żałowałam. Dziwię się, że w ogóle nadal tam jest, biorąc pod uwagę to, co przeszłam. Muszę pomyśleć, jak się go pozbyć. 

Kiedy tylko pojawiam się na dziecińcu, wspomnienia uderzają we mnie niczym rozpędzona ciężarówka. Rozglądam się nerwowo, owijam ramionami i wypatruję ludzi, którzy zapewne zaraz pojawią się znikąd i ponownie będą ze mnie szydzić. Idę przed siebie, udaje mi się dojść do budynku i jak dotąd nikogo nie spotkać. To dziwne, ale nie narzekam. Otwieram kluczem drzwi, który o dziwo znalazłam w swoich jeansach, i wchodzę do środka. Oddycham z ulgą, Alayny nie ma więc będę miała czas na realizację planu, który wymyśliłam w autobusie. Chyba jest rozsądny, poza tym wydaje mi się, że nie mam innego wyjścia. Nie wyobrażam sobie, abym mogła nadal tutaj zostać. Nie z tymi ludźmi, którzy byli dla mnie tak podli.

Pakowanie nie zajmuje mi wiele czasu. Mój cały dobytek nie jest specjalnie pokaźny więc po dwudziestu minutach walizka stoi przy drzwiach. Siedzę przy biurku, opieram czoło na dłoniach, a w mojej głowie panuję mętlik. Napisałam już list do Nolana, Dylana oraz podpisałam rezygnację ze studiów. O ile napisanie dwóch poprzednich listów było proste, list do Justina idzie mi jak krew z nosa. Co tak właściwie powinnam mu napisać? Pożegnać się? Wyznać, jak bardzo go kocham, ale nie mogę zostać po tym, co się wydarzyło? A może obarczyć go winą za wszystko, co zrobił pozostawiając z poczuciem winy? Nie. Tego ostatniego zrobić nie mogę. Nadal go kocham, nadal jest biciem mojego serca i nadal chcę dla niego jak najlepiej. Niech pójdzie dalej, zapomni, będzie szczęśliwy. Spędziłam z nim najpiękniejszy czas w swoim życiu, czerpałam garściami to, co mi dawał i już zawsze będę mu za to wdzięczna. Tak, zdecydowanie napiszę, jak wyjątkowym jest człowiekiem i wręcz zażądam, aby swoją przyszłą dziewczynę traktował tak, jak mnie na początku naszego związku. Aby jej ufał, bo jak powiedział Nolan, bez zaufania nie stworzy się związku. My jesteśmy tego idealnym przykładem. Wystarczyła chwila zawahania, gniewu, a reszta potoczyła się sama.



Justin POV:
Dochodzi dwudziesta. Zakładam na siebie skórzaną kurtkę, poprawiam włosy, a do kieszeni wsuwam telefon. Wreszcie doprowadziłem się trochę do porządku, zjadłem coś i jestem gotowy, aby wrócić do szpitala. Mam zamiar spędzić z Ivy noc, pomóc jej wrócić do zdrowia. Zawsze działam szybko, tak było i tym razem. Ułożyłem świetny plan, który w tej sytuacji był idealnym rozwiązaniem. Zaledwie dziesięć minut piechotą od uczelni znalazłem mieszkanie. Obejrzałem je pół godziny temu, a nawet wstępnie zarezerwowałem. Jestem pewny, że spodoba się Ivy. Jest dwupokojowe, urządzone w jej ulubionych, stonowanych kolorach, w dodatku ma uroczy balkon z drewnianą podłogą. Boję się tylko tego, że za nic w świecie nie będzie chciała tam zamieszkać. Zostanie tutaj, a to nie wpłynie na nią zbyt dobrze. 
Ludzie nieco się uspokoili, ale będą patrzeć na nią inaczej. Jedni okażą współczucie, drudzy będą śmiać się z tego, że jej granica została przekroczona, co doprowadziło ją do targnięcia się na swoje życie. Jej historia ponownie będzie dla nich pożywką, alternatywą dla zabicia czasu i zdołowania drugiego człowieka. A ja nie pozwolę, aby Ivy ponownie cierpiała. Popełniłem masę błędów, które mam zamiar naprawić. Kocham ją i chcę się nią zaopiekować. Nie zostawię jej samej nigdy więcej. Jest miłością mojego życia. Czuję to.
- Oglądałeś mieszkanie? - do pokoju wchodzi Dylan, który rzuca się na moje łóżko i uśmiecha szeroko. 
- Tak, godzinę temu. Wstępnie je zarezerwowałem i pokażę je Ivy jak tylko będzie mogła wyjść ze szpitala.
- Wiesz, że łatwo nie będzie, prawda? - drapie się w kark, posyłając mi znaczące spojrzenie - Jest uparta.
- Tsa, powiedz mi coś, czego nie wiem - przewracam oczami, bo doskonale wiem, że będę przekonywał ją całą wieczność - Nie mam jednak zamiaru ustąpić. Nie może tutaj wrócić, to jej w niczym nie pomoże.
- Justin! - odwracam wzrok i gapię się w stojącego w progu Nolana. Jest blady jak ściana, w dłoni trzyma kopertę, a w drugiej rozłożoną kartkę - Ivy odeszła - uchylam usta, serce podskakuje mi do gardła i nie wierzę w to, co właśnie powiedział - To list do ciebie i Dylana - podaje nam koperty, obracam ją w dłoniach, jednak jestem zbyt zszokowany, aby zrobić jakikolwiek ruch - Zrezygnowała ze studiów.
- C-co? - jąkam się, a łzy napływają mi do oczu - N-nie mogła. Przecież te studia były dla niej ważne!
- Po prostu przeczytajcie własne listy. Ja swój skończyłem i wciąż jestem w szoku. Co ona narobiła?


Wychodzę z pokoju i idę na stadion. Siadam w siódmym rzędzie, nerwowo podryguję nogą próbując przygotować się na to, co zaraz przeczytam. W moim ciele szaleje siła, która rozrywa moje wnętrzności kawałek po kawałku i modlę się, aby Nolan jednak nie miał racji. Żeby w tym liście było coś, co da mi nadzieję na naszą wspólną przyszłość. Nie mogła odejść, nie mogła mnie tak po prostu zostawić!
Nie wytrzymuję dłużej w tej cholernej niepewności. Drżącą dłonią rozrywam kopertę i czytam:



Justin...

Kiedy czytasz ten list, ja jestem już spory kawałek od ciebie. Pewnie jesteś zdziwiony moją decyzją, jednak to było jedyne wyjście z sytuacji. Nie mogę żyć w tym miejscu, z tymi ludźmi, którzy tak potwornie mnie potraktowali. Nawet znienawidziłam te studia, przez które ponownie spadłam na sam dół. Tak długo walczyłam o własne życie, a kiedy już mi się to udało, demony w mojej duszy upomniały się o mnie i tak oto zaczynam od nowa. Nie jestem pewna, ile jeszcze zniosę tych "początków", ale chyba jestem już tym zmęczona. Życie jest takie ciężkie, a ja mam coraz mniej siły. Nie obawiaj się, zapewniam cię, że nie chcę się zabić, przynajmniej nie teraz. Powalczę jeszcze trochę, dopóki całkowicie nie osłabnę.

Chciałam ci podziękować. Za to, że dzięki tobie poznałam smak szczęścia i miłości. To był najpiękniejszy czas w moim życiu i już zawsze będę ci za to wdzięczna. Poczułam, jakby komuś naprawdę na mnie zależało, jakbym była warta uwagi, troski, każdego uścisku i całusa. Jesteś wspaniałym facetem, chociaż czasami nieznośnym. Mimo tego jesteś, i zawsze będziesz, miłością mojego życia. Nigdy nie pokocham kogoś tak, jak pokochałam ciebie. Ba! Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie kochać. Moje serce chyba nie jest już do tego zdolne.
Będę wracać pamięcią do tych cudownych chwil, które z tobą przeżyłam. Do pocałunków, oglądania seriali na Netflixie zajadając się ogromną ilością słodyczy, do spędzonych z twoją rodziną świąt, do twoich dłoni na moim ciele. Boże, ależ będę za tym tęsknić! 

Proszę cię o jedno. Idź dalej i bądź szczęśliwy. Zapamiętaj mnie jako uśmiechniętą Ivy, wpatrzoną w ciebie z miłością i oddaniem. Traktuj swoją przyszłą dziewczynę jak księżniczkę, bo zapewne będzie wyjątkowa. Pokocha cię tak, jak ja pokochałam ciebie, a może nawet mocniej? Da ci siłę, której ja nigdy nie miałam, a która pomaga zmierzyć się ze światem i podłością ludzi. Uśmiechaj się często, ciesz życiem, imprezuj, ale z umiarem, i bądź ostrożny w kontaktach z niewłaściwymi ludźmi. Oni tylko czekają, aby nas złamać i posłać na sam dół, z którego czasami nie ma ucieczki. 

Ja ruszam dalej, chociaż nie mam bladego pojęcia dokąd. Tak naprawdę jestem przerażona przyszłością i zmianami, które mnie czekają. Boję się samotności, której muszę odważnie stawić czoło, a której zawsze tak bardzo się bałam. Trzymaj za mnie kciuki.
Kończę mój list. Może pewnego dnia spotkamy się gdzieś, gdzie zupełnie nie będziemy się tego spodziewać? Albo i nie? Zobaczymy. Wybacz mi proszę, że odchodzę bez pożegnania, ale oboje wiemy, że nie pozwoliłbyś mi na to, więc tak czy siak musiałabym uciec po cichu.
Nie czuj się winny tego, co się wydarzyło. Miałeś w tym swój udział, co oboje wiemy, jednak jestem słaba, Justin, zbyt słaba, aby żyć na tym chorym świecie. Żałuję jedynie, że nie zobaczyłeś prawdy w moich oczach, że tak łatwo mnie skreśliłeś, nie dając nawet szansy dojść do słowa. Może gdybym miała taką możliwość, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej? Teraz nie ma sensu "gdybać", bo wiemy, jaki był finał tej historii.
Dziękuję ci za opiekę w szpitalu. Dziękuję ci, że byłeś... 


Kocham cię
Twoja Ivy.

Kończę czytać list, a moje policzki zalewają słone łzy. I nic już nie ma, pustka. Wszystko przepadło.  






K  O  N  I  E  C 




*********************************
Zostawię to dzisiaj tak, jak jest.
Notkę napiszę jutro.

💔









środa, 4 kwietnia 2018

Rozdział dwudziesty szósty


Czuję, jakbym spadała
Spadam z powrotem
Do miejsca, gdzie jesteś
Czy słyszysz, jak wołam twoje imię?


Justin POV:
Czuję lekkie uderzenie na policzku. Ktoś potrząsa moim ramieniem nie dając za wygraną. Wreszcie uchylam powieki, mrugam kilka razy i odzyskuję przytomność. Leżę na szpitalnym łóżku, nade mną pochyla się zatroskana pielęgniarka, a pod ścianą stoją chłopcy. Dopiero po chwili dociera do mnie, gdzie jestem.
- Spokojnie, proszę się jeszcze nie podnosić, musi Pan dojść do siebie. Za kilka minut będzie już lepiej.
- To nie jest konieczne, czuję się dobrze. Chcę do niej pójść, błagam! - mój głos brzmi rozpaczliwie i mam ochotę się rozpłakać. Pielęgniarka bez sprzeciwów przytakuje głową i rusza w stronę drzwi. Zeskakuję z łóżka, trochę kręci mi się w głowie, ale chrzanię to. Kumple wychodzą zaraz za mną, idziemy wzdłuż znajomego korytarza i dochodzimy do drzwi, które sam popycham. Niepewnie wchodzę do sali, serce tłucze się w piersi, a moje ciało ponownie przejmuje przeogromny szok! Przysiadam na krzesełku, chwytam jej zimną dłoń i przysuwam do ust. Już się nie hamuję, płaczę jak małe dziecko wyrzucając z siebie całą rozpacz, bezradność, strach - C-co się stało? - pytam, próbując opanować emocje, co jest trudne.
- Kiedy spałeś, lekarz opowiedział nam wszystko. Cóż, Ivy podcięła sobie żyły na stadionie. Jakimś cudem zaplątał się tam ten dzieciak, który pokazał nam zdjęcia. Siedział z jakąś laską i się migdalili, aż nagle usłyszeli jakiś głośny jęk. To była Ivy, widocznie rozcinanie skóry nie jest niczym przyjemnym. Szukali jej,
a kiedy znaleźli od razu wezwali pogotowie. Ivy straciła sporo krwi, na szczęście ich reakcja była natychmiastowa. Gdyby nie oni, nie byłoby jej tutaj teraz - kręcę głową, jakbym nie dopuszczał do siebie tej okropnej myśli - Dzieciak myślał, że Ivy umarła, skoro była cała zakrwawiona, a sanitariusze nie powiedzieli ani słowa o jej stanie. Tak oto uśmierciliśmy ją, a ona przeżyła. Koniec przerażającej historii.
- Nie wierzę - zamykam oczy, przytulam czoło do jej dłoni i zamykam oczy. Moja maleńka dziewczynka żyje! Nic innego się teraz dla mnie nie liczy, tylko ona i jej zdrowie - Co mówią lekarze o jej stanie?
- Nie znam się na tym całym lekarskim żargonie, więc poprosiłem lekarza, aby powiedział prosto i tak, abym wszystko zrozumiał. Więc, Ivy straciła sporo krwi, ale jej stan jej stabilny. Wyjdzie z tego.
- Całe szczęście - uśmiecham się przez łzy, układam dłoń na jej głowie i głaszczę czule - Wszystko będzie dobrze, biedroneczko. Przysięgam na wszystko! Nigdy więcej nie zrobię ci krzywdy, tylko musisz się obudzić i przełamać się, aby mi wybaczyć - mówię cicho wpatrując się w jej piękną, spokojną, choć nadal bladą twarz - Jesteś dla mnie najważniejsza, wiesz o tym. Wróć do mnie jak najszybciej, proszę.


Spędzam w szpitalu popołudnie. Dochodzi wieczór, siedzę w fotelu i nie spuszczam Ivy z oka. Lekarz zaglądał do niej kilka razy, na szczęście pozwolił mi zostać. Wyjaśniłem mu sytuację z jej rodzicami, a jako, że Ivy wpisała mnie jako jedyną osobę do kontaktu, miałem pełne prawo wiedzieć jaki jest jej stan.
I tak by mnie stąd nie ruszył, nawet siłą. Nadal byłem w szoku, że przeżyła. Chciałem być przy niej.

- Od rana nic nie jadłeś, przyniosłem ci kawałek pizzy - do sali wchodzi Dylan z Nolanem, a po sali natychmiast roznosi się zapach ciasta. Wcześniej nawet nie pomyślałem o jedzeniu - Kiedy się obudzi?
- Lekarz powiedział, że potrzebuje trochę czasu. Obudzi się wtedy, kiedy będzie gotowa - wzdycham ciężko i zjadam wielki kawał pizzy. Posiłek sprawia, że czuję się jak nowo narodzony - Zostanę z nią na noc.
- Zajrzymy rano, teraz musimy spadać. Pielęgniarki już burczały pod nosem, że tu jesteśmy - Dylan przewraca oczami, podchodzi do Ivy i całuje ją w czoło - Trzymaj się, mała. Wszystko będzie dobrze.
- Dzwoń natychmiast, gdyby coś się zmieniło - przybijam z nimi żółwika i zostaję sam z moją dziewczyną.


Przesypiam noc na fotelu, a Ivy nadal się nie nudzi. Kiedy kilka minut po dziewiątej rano wychodzę z łazienki, do środka wchodzi Alayna. Unoszę brwi na jej widok, bo jednak w życiu bym się nie spodziewał akurat jej. Przez ostatnie tygodnie nie pałała do Ivy sympatią, wręcz przeciwnie, trzymała się z Meredith.
- Wiem, że jesteś zaskoczony moim widokiem, ale musiałam przyjść - zaciska usta, niepewnie spogląda na Ivy i odkłada białego misia na szafkę - To, co się stało uświadomiło mi, że niektórzy ludzie są krusi i nie można postępować podle. Ivy nie zasłużyła na to, co ją spotkało. Jest dobrą osobą, szczerą i pomocną. Niestety przysłużyłam się do tego, czuję się paskudnie i chcę, żebyś o tym wiedział - wpatruję się w nią, a jej słowa bardzo mnie zaskakują. Jestem niezmiernie ciekawy, co takiego zrobiła - Musisz wiedzieć, że to wszystko było zaplanowane, Justin - wreszcie patrzy mi w oczy, a mój żołądek wywija salto. Boję się tego, co chce mi powiedzieć - Meredith szalała z zazdrości i to ona zaplanowała całą akcję z Ivy na korytarzu - Boże, nie wierzę! - Ukradła jej ubrania z łazienki, zaniosła do pokoju, a kiedy Ivy do niego wróciła, stała w środku i trzymała drzwi, aby nie mogła wejść. Była tylko w ręczniku, więc poszła do Nolana. Wiedz, że wyszła z jego pokoju po minucie z zapasowym kluczem do waszego pokoju - krew odpływa mi z twarzy. Gapię się na nią, jakby mnie sparaliżowało i wręcz jestem przerażony jej słowami. Meredith ukartowała to, żeby skłócić mnie z Ivy. Niech to kurwa szlag! - Reszta filmiku była domontowana. Nie zauważyłeś tego, ale wychodząca postać z pokoju Nolana to nie była Ivy, to była Meredith z owiniętym na włosach ręcznikiem. Dlatego kilka razy potrząsałam telefonem, traciłam kadr, żeby potem móc to swobodnie zmontować. Ivy cię nie zdradziła, Justin. Na pewno nie w tamtym momencie - siadam gwałtownie i chowam twarz w dłoniach. To, że zaślepił mnie gniew to jedna sprawa, druga, że Meredith to zaplanowała. Wiedziała, jak bardzo kocham Ivy, jak potwornie mi na niej zależy i postanowiła to zniszczyć. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby posunąć się tak daleko?! W dodatku sama pokazała mi filmik, przyszła wczoraj do mojego pokoju! Po tym wszystkim miała odwagę spojrzeć mi w oczy! - Nie chciałam, aby ta sytuacja miała miejsce. Mam ogromne wyrzuty, że się na to zgodziłam. Meredith jednak bywa przekonywująca.
- Nie wierzę, że posunęłyście się do takiego świństwa. Meredith wiedziała, że jestem zazdrosny o Nolana i wykorzystała go, posłużył jej za przynętę! Czy zdajecie sobie sprawę, co zapoczątkowałyście?
- Owszem, zdaję sobie z tego sprawę. Kiedy tylko dowiedziałam się, że Ivy nie żyje wpadłam w rozpacz. Dopiero dzisiaj Nolan powiedział mi, że przeżyła. Meredith jednak chyba nadal pragnie cię z powrotem.
- Jeszcze dzisiaj wyleci z hukiem! Dopilnuję tego. Wujek wreszcie będzie miał idealny powód, aby zakończyć jej karierę w tym miejscu! Przebiegła suka, nienawidzę jej! Gdyby nie ona, nadal byłbym z Ivy.
- Przykro mi, Justin. Naprawdę szczerze mi przykro. To nigdy nie powinno było się wydarzyć.
- Zgadzam się, a jednak się wydarzyło. Tylko dlatego, że cholerna Meredith ma nierówno pod sufitem.
- Ona jest zapatrzona w ciebie jak w obrazek, bądź ostrożny. Kto wie, co jeszcze siedzi w jej głowie.
- Nie ma to już znaczenia, niebawem jej tutaj nie będzie. Mam ochotę udusić ją gołymi rękoma.
- Wszyscy popełniliśmy ogromny błąd, który mógł kosztować Ivy życie. Na pewno wyniesiemy z tego nauczkę na przyszłość. Trzymaj się, Justin - uśmiecha się smutno, wychodzi z sali i zapada cisza.
Wciąż jestem zszokowany, gapię się w drzwi przez które właśnie przeszła, a w mojej głowie panuje totalny rozpierdol. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że Meredith może wpaść na tak szalony i ryzykowany plan. Zapoczątkowała coś, co mogło skończyć się tragedią! Oczywiście nie twierdzę, że jestem bez winy, bo dolałem oliwy do ognia, jednak gdyby nie Meredith, nic by się nie stało. Nie wpadłabym w szał, nie uwierzyłbym w domniemaną zdradę i być może teraz tuliłbym do siebie Ivy, całując jej słodkie usta. Niestety mojej winy jest jeszcze więcej, ponieważ nie uwierzyłem jej, kiedy zaprzeczała. Nie chciałem jej wysłuchać, a przecież miała prawo to wyjaśnić. Kocham ją z całego serca, a zachowałem się jak buc! Wcale nie zasługuję na wybaczenie, wręcz przeciwnie, powinienem za to cierpieć.

Wchodzę do łazienki, opłukuję twarz i wracam do Ivy. Siadam na krzesełku obok łózka, biorę jej ciepłą dłoń w swoją i całuję wierzch. Zaskakuje mnie, kiedy nagle zaczyna się wiercić, mruczy cicho pod nosem i porusza ramionami. Jęk bólu opuszcza jej usta, oblizuje spierzchnięte wargi i wreszcie otwiera oczy. Widzę, jak bardzo jest zdezorientowana, bo mija długa chwila, zanim przyzwyczaja się do światła.
- Biedroneczko - szepczę cicho, aby jej nie przestraszyć. Niepewnie przekręca głowę, a nasze oczy się spotykają. Mam ochotę krzyczeć ze szczęścia, wziąć ją w ramiona i mocno uściskać. Nie mogę zrobić żadnej z tych rzeczy - Wiesz, co się wydarzyło? - przytakuje głową i oddycha głębiej - Jesteś w szpitalu.
- D-dlaczego żyję? - ledwo ją słyszę. Jej głos jest słabiutki i ma straszną chrypkę - M-miałam umrzeć.
- Znalazł cię jakiś chłopak i natychmiast wezwał karetkę. Straciłaś sporo krwi, ale na szczęście przeżyłaś.

- Nie chciałam przeżyć, c-chciałam umrzeć - zamyka oczy i widzę kilka łez, które płyną po policzkach.
- Nie mówmy o tym teraz, dobrze? Musisz odpocząć, dojść do siebie i zregenerować siły. Wezwę lekarza, musi cię obejrzeć - wciskam przycisk przy jej łóżku, a po chwili do sali wchodzi ten sam doktor, który do mnie dzwonił - Obudziła się kilka minut temu. J
est zdezorientowana, ale zamieniliśmy parę zdań.
- Świetnie, to dobry znak. Dzień dobry, Ivy. Mam na imię Roger, jestem twoim lekarzem prowadzącym, pozwól mi cię zbadać - uśmiecha się do niej, jednak Ivy nie reaguje. Lekarz ogląda jej ciało, dokładnie sprawdza, słucha, stuka, puka w kolana i łokcie. Obserwuję to, ale nic nie rozumiem - Wygląda na to, że wszystko w porządku. Jeszcze spojrzę na rany - ostrożnie odwija bandaż, a żołądek podchodzi mi do gardła. Chryste! - Niestety Ivy zraniła się szkłem, przez co nadgarstki wyglądają bardzo źle - tak, przyznam mu rację. Skóra jest poszarpana, jakby walczyła z jakimś zwierzęciem, a nie z kawałkiem szkła - Jeśli ktoś nieumiejętnie podetnie sobie żyły, może wyrządzić sobie więcej krzywdy niż pożytku. Ivy wprawdzie trafiła w żyły, na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Bardziej martwi mnie jej stan psychiczny i o tym będziemy musieli porozmawiać - zwraca się do niej, Ivy oblizuje usta i pierwszy raz widzę na jej twarzy jakiekolwiek emocje - Nasz psycholog odwiedzi cię, kiedy poczujesz się lepiej. Może dzisiaj lub jutro?
- To zbędne, ja nie potrzebuję psychologa - mówi słabo i podsuwa się nieco na poduszkach. Od razu zrywam się i pomagam jej - Nic mi nie dolega, wolałabym stąd wyjść. Kiedy to będzie możliwe?
- Hola, hola! Nie mogę tak szybko cię wypuścić. Trzeba obserwować twoje nadgarstki, muszą się zagoić - lekarz chrząka i niepewnie spogląda na mnie - Odpocznij, sen dobrze ci zrobi. Panie Justinie, mogę prosić na chwilę? - przytakuję głową, podnoszą się z krzesła i wychodzę za nim z sali - Nie żartowałem z psychologiem. Ivy chciała popełnić samobójstwo, takie przypadki zawsze wymagają porad psychologa.
- Spróbuję ją jakoś do tego namówić, ale będzie ciężko. Ivy ma charakterek i jest bardzo uparta.
- Proszę, aby Pan się bardzo postarał. Jeśli ma jakieś problemy, może chcieć zrobić to ponownie.
- Zapewniam, że nic takiego nie będzie miało miejsca. Dopilnuję, aby była całkowicie bezpieczna.
- No dobrze, muszę uciekać na obchód. Gdyby coś się działo proszę wezwać mnie lub pielęgniarkę.
- Oczywiście, dziękuję - ściskam jego dłoń i wracam do Ivy - Hej, co robisz? - podbiegam do niej i podtrzymuję za ramię - Powiesz mi dokąd się wybierasz? Niestety nie potrafię czytać w myślach.
- Chce mi się siku - odpowiada beznamiętnie i wskazuje białe drzwi, które znajdują się w spokoju. Pomagam jej dojść, zamyka się w środku, a ja czekam, aż skończy. Mam zamiar się nią zaopiekować i nie spuścić z oka nawet na chwilę - Już - wychodzi i człapiemy z powrotem do łóżka - Dzięki za pomoc.
- Nie ma za co - okrywam ją kołdrą, oddycha głośno i wtula się w poduszkę - Tak wiele chciałbym ci powiedzieć, ale to nie jest odpowiedni moment. Jesteś zmęczona i powinnaś się przespać.

- Właściwie, co tutaj robisz, Justin? Nie jesteśmy razem, wcale nie musisz tutaj siedzieć. Wolę być sama.
- Nie zostawię cię, Ivy. Już raz popełniłem ten błąd, nie zrobię tego ponownie. Będę obok ciebie.
- Całe życie radziłam sobie sama, więc teraz też dam radę. Szkoda twojego cennego czasu, Justin.
- Nie będę o tym z tobą dyskutował. Prześpij się, a potem zastanowimy się co dalej - przewraca oczami i nic więcej nie mówi. Nie mam zamiaru się z nią kłócić, to nie jest odpowiednia chwila.


Popołudniu Ivy dostaje obiad. Je niechętnie, chociaż staram się ją zmobilizować. Wygląda na słabą, jest zmarnowana i ma worki pod oczami. Jej nadgarstki owinięte są białym bandażem, jednak przed oczami mam widok tego, co się pod nimi znajduje. Mam wrażenie, że raniła się wręcz na siłę, bo jej skóra nie tyle była rozcięta, co rozorana. Musiała cierpieć, a ta myśl jest cholernie przygnębiająca. 



Ivy POV:
Nie mogę skupić się na jedzeniu, kiedy Justin siedzi obok, przykłada palce do ust i wygląda tak, jakby intensywnie nad czymś rozmyślał. Bardzo chciałabym poznać jego myśli, nawet zapytać, jak się czuje.
Nie wypowiadam jednak słowa i wciskam w siebie kolejną łyżkę zupy. Nie wiem, dlaczego nadal tutaj jest marnując swój czas bezczynnie. Mógłby robić teraz coś ciekawego, na przykład spotkać się z Meredith. Mam tylko nadzieję, że nie omija przeze mnie zajęć. Już nic nas nie łączy, nie musi się o mnie troszczyć.

- Nie powinnaś wracać do akademika - zupa staje mi w gardle, gwałtownie przekręcam głowę i gapię się na niego zdziwiona. O czym on mówi?! - Oboje wiemy, że ludzie są wredni i nie będziesz miała tam życia. Nie chcę, żebyś musiała ponownie przez to przechodzić. Sprawy i tak wymknęły się spod kontroli.
- Nie wiem, dokąd miałabym pójść. To miłe, że się tym przejmujesz, ale jak mówiłam, dam sobie radę.
- Przestań, dobrze? - mówi ostro i napina szczękę. Wygląda na złego - Pozwól mi się sobą zaopiekować.
- Nie pozwolę - odpowiadam cicho, a na jego twarzy pojawia się rozczarowanie i ból - Nie patrz tak na mnie, czego się spodziewałeś? Że przeżyję i wszystko będzie jak dawniej? Nigdy już tak nie będzie.
- Wiem, to oczywiste. Zdarzyło się zbyt wiele złych rzeczy, żeby ot tak o nich zapomnieć. Jednak trzeba iść dalej i odbudować to, co niestety spierdoliłem. Chciałbym, abyś dała mi szansę. Wiesz, że cię kocham.
- Gdybyś mnie kochał, nic z tych rzeczy nie miałoby miejsca. Boże, nagrałeś nasz seks, Justin!
- Tak, i jest mi z tego powodu potwornie wstyd - opiera łokcie na kolanach i schyla głowę. Tak bardzo go kocham, a jednocześnie nienawidzę. Nie wierzę, że był w stanie mnie skrzywdzić. Właśnie on! - Szkoda, że nie można cofnąć czasu, szkoda, że tak wiele rzeczy zrozumiałem tak późno. Jestem idiotą, Ivy.
- Owszem, jesteś. Ufałam ci, byłeś jedyną osobą, która znaczyła dla mnie wszystko, a ty po prostu perfidnie się na mnie zemściłeś. Za co, huh? Za to, co powiedziałam wtedy na imprezie? Naprawdę to było tego warte? - kręci przecząco głową, wpatrując się w podłogę. Moje serce kurczy się boleśnie i mam totalny mętlik w głowie - Mam do ciebie ogromny żal. Myśl, że zrobiłeś to z premedytacją boli mnie najbardziej. Jesteś jedynym chłopakiem, który miał moje ciało, a ty pokazałeś je wszystkim tym ludziom, którzy szydzili ze mnie i chcieli zapłacić za numerek! - gwałtownie podnosi głowę, a w jego oczach widzę bezradność i poczucie winy. Słusznie, powinien czuć się winny! - Myślisz, że kiedykolwiek o tym zapomnę?
- Chciałbym, żebyś zapomniała, ale mam świadomość, że to nie jest możliwe. Zaślepiła mnie zazdrość.
- Rozumiem to, naprawdę, Justin. Twoja zazdrość, chociaż zdecydowanie zbyt przesadna, czasami była słodka. Chciałam wierzyć, że okazywałeś ją dlatego, bo obdarzyłeś mnie szczerym uczuciem.

- Bo obdarzyłem, Ivy! Jesteś moją pierwszą dziewczyną, dla ciebie się zmieniłem. Wiem, że dałem dupy, i czuję się z tym koszmarnie! Niestety Meredith wykorzystała Nolana do swoich planów i domontowała resztę filmiku. Alayna mi wszystko powiedziała. Wyszłaś od Nolana po minucie, z zapasowym kluczem - o, Boże! Uchylam usta i nie wierzę, że prawda wyszła na jaw. Tym bardziej jestem w szoku, że zdradziła ją moja współlokatorka, która mnie przecież nie lubi - Ta akcja była zaplanowana, Meredith chciała nas ze sobą skłócić, co jej się udało. Niestety cała reszta jest moją winą o czym doskonale wiem. Przepraszam, Ivy. Przepraszam za to, że posunąłem się tak daleko. Przepraszam za to, że ci nie zaufałem, odrzuciłem i nie chciałem wysłuchać. Wiedz, że jesteś dla mnie najważniejsza i kocham cię z całego serca - widzę łzy w jego oczach, aż muszę odwrócić wzrok. Przekręcam głowę, wlepiam wzrok w ścianę i zaciskam usta, aby nie wybuchnąć płaczem. Przeprosił mnie, żałuje, więc wszystko powinno być okej, prawda? Nie, niestety nie jest. Próbowałam odebrać sobie życie, aby uciec od tego koszmaru, który mi zgotował. Jak na złość nie udało mi się, i teraz męka zacznie się od nowa. Nie potrafię zapomnieć, to zbyt mocno zakorzeniło się w mojej głowie - Proszę, porozmawiaj z psychologiem. Nie musisz się zwierzać, tylko go wysłuchaj.
- Nie, i proszę, nie namawiaj mnie do tego. Nie potrzebuję z nikim rozmawiać. Chcę być sama.
- Ivy, nie bądź taka. Chcę dla ciebie dobrze, tak samo jak doktor Roger. Taka rozmowa może być pomocna.
- Jeśli masz zamiar mnie przekonywać, to możesz sobie już pójść. Zresztą, i tak nie powinno cię tu być.
- Cóż, podałaś mnie jako osobę do kontaktu, czyż nie? - szlag! Zrobiłam to kilka tygodni temu, ponieważ to miejsce zawsze było puste. Tak dobrze móc było wpisać jego imię i nazwisko, bo czułam, że jest jedyną osobą, którą interesuje moje zdrowie - Dobrze, że to zrobiłaś. Gdyby nie to, pewnie nadal myślałbym, że nie żyjesz - och! Przekręcam głowę i patrzę na niego zaskoczona - Dzieciak, który cię znalazł robił zdjęcia i powiedział, że nie żyjesz. Przez całą noc opłakiwałem cię, dopóki nie zadzwonił doktor Roger i poprosił, żebym tutaj przyjechał. Sądziłem, że muszę zidentyfikować twoje ciało, a kiedy wszedłem do sali i zobaczyłem ciebie, zemdlałem - o, cholera! Jestem w szoku po jego słowach! - To było straszne.

- Dzień dobry - naszą rozmowę przerywa kobieta w lekarskim kitlu, która wchodzi do środka. Uśmiecha się ciepło, podchodzi do łóżka i niepewnie zerka na Justina - Czy mogłabym zamienić kilka słów z Ivy na osobności? - Justin przytakuje głową, cmoka mnie w czoło, czym mnie zaskakuje, i wychodzi. Zostajemy same i zastanawiam się, dlaczego to ona przyszła, a nie doktor Roger - Nazywam się Danielle Field, jestem psychologiem - och, świetnie! Tylko jej tutaj brakowało - Chciałam z tobą porozmawiać - wzdycha ciężko, masuje skronie, a mój niepokój się potęguje. Mam uraz do psychologów, po aresztowaniu ojca rozmów nie było końca, chociaż nikt nie pytał czy mam na nie ochotę. Wciąż od nowa wyciągali ode mnie moją bolesną przeszłość, nie pozwalając ranom się zagoić - Twój stan psychiczny bardzo mnie martwi, dlatego doktor Roger poprosił mnie, abym do ciebie przyszła. Wiedz, że cały czas jestem do twojej dyspozycji, Ivy.
- Może Pani przejść do rzeczy? Stresuje mnie taka nawijka, więc proszę mówić, co ma Pani do powiedzenia.
- W porządku - oddycham głęboko, zakłada kosmyk włosów za ucho i patrzy mi w oczy - Doktor zlecił kilka badań. Nie wiem, czy o tym wiedziałaś, ale... jesteś w ciąży
- kiedy wypowiada te trzy, krótkie słowa krew odpływa mi z twarzy. Gapię się w jej zielone oczy i nie wierzę w to, co powiedziała. Chciałam się zabić, do cholery! Nic gorszego już nie mogło mi się przydarzyć, a mimo to życie ponownie kopie mnie w dupę!