niedziela, 15 kwietnia 2018

Kolejna notka


Woah!
Wynik sondy odrobinę mnie zaskoczył, nie ukrywam. Skąd się nagle was tutaj tyle wzięło, hmm? ;)
Oczywiście cieszę się, że jest was więcej, niż podejrzewałam.

Tak więc jednak chcecie drugą część :)
Gdzieś w głębi siebie myślałam, że poprzestaniemy na pierwszej, a tu proszę!
Na szczęście napisałam dwójkę praktycznie w całości, brakuje mi może jednego rozdziału i epilogu, ale to lepiej, bo teraz kompletnie się zablokowałam i nie jestem w stanie napisać dosłownie NIC, a zaczęłam coś nowego. Jeśli się nie odblokuję, druga część Ivy oraz Vivienne będzie zakończeniem mojej przygody z pisaniem. No cóż, kiedy trzeba, prawda? ;)

Zapraszam was na bloga z drugą częścią - KLIK -
Dodałam już prolog, kolejny będzie w piątek.
Jeśli ktoś woli czytać na Wattpadzie, tam również się pojawi :)

Ściskam was mocno i dziękuję!
Kasia







czwartek, 12 kwietnia 2018

Notka


Na początku chcę wam bardzo podziękować, że byłyście ze mną przy kolejnym moim opowiadaniu :)
Jestem wdzięczna za każdy komentarz, każde ciepłe słowo, wsparcie. Bez was nie miałoby to sensu, dlatego jeszcze tutaj jestem - dla was, chociaż została was już tylko garstka. Patrząc wstecz na poprzednie moje opowiadania te nowe dzieli wręcz przepaść. Nie wiem sama od czego to zależy. Dawniej komentarzy było dużo więcej, teraz z tym kiepsko, ale nie ma sensu się nad tym rozdzwonić. Widocznie tak ma być :)

Są opowiadania, które lepiej zostawić w spokoju po pierwszej części, a są i takie, które zasługują na coś więcej. Nie wiem, czy to do nich należy, jednak napisałam drugą część zaraz po skończeniu pierwszej. Miałam napływ weny i coś tam skrobnęłam, ale mam wątpliwości, czy publikacja drugiej części jest potrzebna. Może lepiej zostawić tak, jak jest?
Decyzję jednak pozostawię wam. Na dole jest sonda, zachęcam do głosowania. Jeśli będzie sporo chętnych, druga część się pojawi. Jeśli nie, skończymy na tej jednej.
Głosowanie potrwa do niedzieli :)

Jeszcze raz ogromne podziękowania!
Ściskam was mocno
Kasia
❤️





środa, 11 kwietnia 2018

Rozdział dwudziesty siódmy


Ivy POV:

Kiedy proszę, żeby zostawiła mnie samą robi to bardzo niechętnie. W drodze do drzwi patrzy na mnie podejrzanie, jakby nie była przekonana czy faktycznie wyjść. Kiedy obracam się na bok okrywając kołdrą po samą szyję, kapituluje i wreszcie mogę napawać się ciszą. Poprosiłam ją, aby zatrzymała tę wiadomość dla siebie. To jest mój problem i zamierzam poradzić sobie z nim sama. Nadal nie dotarło do mnie, że jestem w ciąży, ale wiem jedno; nie chcę tego dziecka. Ledwo zaczęłam studia, a mam zostać matką?
Moją pierwszą myślą było pozbycie się nieproszonego gościa, który wygodnie zagnieździł się w moim brzuchu. Nie wiedziałam o jego istnieniu, nie czułam z nim żadnej więzi. Może to brzmi brutalnie, ale taka była prawda. Nie byłam na to gotowa i nie zamierzałam wydać je na świat. Moment był koszmarny! Nie dość, że byłam po próbie samobójczej, moje życie na uczelni przypominał słaby horror, w dodatku miałam na głowie swojego ex, który nie zamierzał się odczepić. Gdyby tylko wiedział o dziecku, na pewno nie pozwoliłby mi na takie myślenie i zagłaskałby mnie na amen! A ja nie jestem teraz w stanie normalnie funkcjonować. Nie jestem gotowa na żadne zmiany, pójście dalej, na powrót do własnego, popieprzonego życia. Nie znam się na dzieciach, nie miałam z nimi do czynienia, dlatego na pewno byłabym koszmarną matką. Nie zamierzam przekazać tej biednej istocie nic z siebie, żeby jej życie nie stało się takie, jak moje. Jednak im dłużej o tym myślę, tym dochodzę do wniosku, że jestem taka sama jak moja matka. Zostawiła mnie zaraz po porodzie, ja myślę nad rozwiązaniem problemu zanim na dobre się rozwinie. Czy mama też czuła się tak beznadziejnie, jak ja teraz? Czy oddała mnie, bo nie czuła instynktu, miłości? Po prostu się "pojawiłam", a ona nie chciała mnie zatrzymać. I chociaż nienawidziłam jej przez te wszystkie lata, miałam ogromny żal, że opuściła mnie i skazała na okrutny los, teraz zaczynam ją rozumieć. Urodziła mnie mimo wszystko, ja jestem gorsza, bo chcę zabić to biedne dziecko. Brzmi strasznie, jednak w tym momencie nic nie czuję. Nie jest mi przykro, nie smucę się, nie męczą mnie nawet wyrzuty sumienia, na myśl o tym, co chcę zrobić, a chcę zrobić coś złego. Tak musi być, w tej sytuacji nie ma innego wyjścia.
- Co powiedziała psycholog? - Justin przerywa moje rozmyślenia, zajmuje swoje ulubione miejsce i wlepia we mnie te piękne, czekoladowe oczy, w których się zakochałam. Tonę w nich, aż muszę odwrócić wzrok.
- Nic, a co miała powiedzieć? Pogadała sobie i poszła - wzruszam ramionami, nie wspominając o dziecku.
- Obiecuję, że wszystko będzie dobrze, Ivy. Dojdziesz do siebie, a ja zajmę się resztą. Mam pewien plan.
- Nic nie mów, proszę - kręcę głową, zamykam oczy i owijam się ciaśniej kołdrą - Nie chcę nic wiedzieć.
- W porządku. Opowiem ci o nim jak będziesz już mogła wyjść. Rozmawiałem z lekarzem, powiedział, że zatrzyma cię dwa, trzy dni - mam ochotę roześmiać się na głos. Nigdy nie zostanę tutaj aż tyle czasu - Muszę pojechać się przebrać, wziąć prysznic i wrócę na noc. Nolan przyjedzie dotrzymać ci towarzystwa.
- Nie chcę, żeby ktokolwiek mnie odwiedzał. Chcę zostać sama, Justin. Naprawdę ciężko to zrozumieć?
- Nie, ale nie powinnaś być sama. Próbowałaś się zabić, nie wiem, co jeszcze strzeli ci do głowy.
- Och, więc boisz się, że zrobię to ponownie? - uśmiecham się na tę myśl. Wcześniej miał mnie w nosie.
- Owszem, boję się. Przez noc myślałem, że nie żyjesz. Za nic w świecie nie chcę przechodzić tego znowu.
- Jedź do domu, spędź noc we własnym łóżku i idź jutro na zajęcia. Jestem dorosła, poradzę sobie.
- Nie chcę tego słuchać. Niebawem będę z powrotem, odpocznij - pochyla się, patrzy mi w oczy, a serce podskakuje w mojej piersi - Kocham cię, biedroneczko - całuje mnie w czoło, pstryka w nos i wychodzi.


Nolan się nie pojawia, dzwoni do mnie i rozmawiamy czterdzieści minut. Bardzo chciał przyjechać, ale poprosiłam go, żeby tego nie robił. Niechętnie się zgodził, jednak uszanował moją decyzję. Nie chcę tutaj nikogo, bo zapewne nie pozwoliliby opuścić mi szpitala. A ja czekam na doktora Rogera, który właśnie przygotowuje mój wypis, wciskam się w jeansy, poplamioną krwią koszulkę i kurtkę. Nie mam świeżych ciuchów, ale teraz mało mnie to obchodzi. Chcę opuścić to miejsce, nie ma powodu, żebym tutaj została.
- Jestem - doktor Roger wchodzi do środka, staje przede mną i podaje mi kartkę - Wiedz, że nie popieram twojej decyzji o wypisie na żądanie. Powinnaś tutaj jeszcze zostać i pójść na terapię. Psycholog przekazała ci informację o ciąży, jesteś umówiona z ginekologiem za godzinę. Zostań proszę i zgódź się na badanie.
- Nie ma takiej potrzeby, doktorze. Umówię się z ginekologiem kiedy indziej, wizyta nie ucieknie.
- Mam córkę w twoim wieku - zaczyna, uśmiechając się smutno - Jest moim oczkiem w głowie, uwielbia grać na pianinie. Pewnego dnia ni stąd, ni zowąd podcięła sobie żyły. Odratowaliśmy ją w ostatniej chwili. Wyznała, że wpadła z pewnym chłopakiem i bała się, że nigdy nie zaakceptuję tego, co zrobiła. To moja córka, kochamy ją z żoną ponad wszystko i zabolało nas, że nie ufała nam na tyle, aby po prostu się przyznać. Urodziła śliczną, zdrową dziewczynkę, Mandy. Ma teraz siedem miesięcy, jestem w niej zakochany - patrzy na mnie, a w jego oczach można ujrzeć tę miłość. Polubiłam tego miłego doktorka, wygląda na porządnego faceta - Przebadaj się, sprawdź, czy z twoim dzieckiem wszystko w porządku.
- Dobrze - kapituluję. Czułabym się fatalnie, gdybym odmówiła - Możemy to jakoś przyśpieszyć?
- Myślę, że tak. Podejdźmy do doktor Francis - kiwam głową, opuszczamy moją salę i zjeżdżamy na drugie piętro - To przemiła kobieta, nie bój się - otwiera białe drzwi, przepuszcza mnie pierwszą, a moim oczom ukazuje się gabinet ginekologiczny - Francis, czy masz może teraz czas? Wiem, że Ivy była umówiona dopiero za godzinę, jednak sprawy się trochę skomplikowały i potrzebuje badania teraz. Dasz radę?
- Właśnie przed sekundą wyszła pacjentka, kolejna będzie za piętnaście minut. Myślę, że zdążymy - wstaje zza biurka i pochodzi do mnie - No dobrze, Ivy. Rozbierz się od pasa w dół i połóż na łóżku. Zrobię usg - dodaje mi otuchy uroczym uśmiechem i myślę sobie, czy wszyscy lekarze pracujący w tym szpitalu są tacy mili i życzliwi. Wykonuję jej polecenie, słyszę, jak doktor Roger wychodzi, a kobieta dołącza do mnie.


Idę przed siebie, zmierzam na przystanek i chociaż nie chcę, muszę wrócić do akademika. Nienawidzę tego miejsca, ale gdzież indziej miałabym się udać? To teraz mój dom i muszę zastanowić się, co dalej. 
Jestem skołowana, w mojej głowie szaleje tornado myśli, a przed oczami widzę czarno-biały obraz na monitorze i coś w środku. Maleńkie niczym okruszek albo przecinek. Ledwo widoczne, chociaż doktor Francis powiedziała, że to koniec czwartego tygodnia. Wysilam się i próbuję przypomnieć, jakim cudem do tego doszło? Skoro Justin zawsze się zabezpieczał, co poszło nie tak? Czy ta gówniana gumka pękła? Coś przeciekło? Nie mam pojęcia, a teraz i tak jest to mało ważne, skoro już się stało. Jestem w pieprzonej ciąży! Niby jak to ma wyglądać, skoro wydarzyło się tak wiele rzeczy? To dziecko niczego nie zmienia, nie dla mnie. Nawet nie wiem, czy jest zdrowe, a piłam alkohol i wcale go sobie nie żałowałam. Dziwię się, że w ogóle nadal tam jest, biorąc pod uwagę to, co przeszłam. Muszę pomyśleć, jak się go pozbyć. 

Kiedy tylko pojawiam się na dziecińcu, wspomnienia uderzają we mnie niczym rozpędzona ciężarówka. Rozglądam się nerwowo, owijam ramionami i wypatruję ludzi, którzy zapewne zaraz pojawią się znikąd i ponownie będą ze mnie szydzić. Idę przed siebie, udaje mi się dojść do budynku i jak dotąd nikogo nie spotkać. To dziwne, ale nie narzekam. Otwieram kluczem drzwi, który o dziwo znalazłam w swoich jeansach, i wchodzę do środka. Oddycham z ulgą, Alayny nie ma więc będę miała czas na realizację planu, który wymyśliłam w autobusie. Chyba jest rozsądny, poza tym wydaje mi się, że nie mam innego wyjścia. Nie wyobrażam sobie, abym mogła nadal tutaj zostać. Nie z tymi ludźmi, którzy byli dla mnie tak podli.

Pakowanie nie zajmuje mi wiele czasu. Mój cały dobytek nie jest specjalnie pokaźny więc po dwudziestu minutach walizka stoi przy drzwiach. Siedzę przy biurku, opieram czoło na dłoniach, a w mojej głowie panuję mętlik. Napisałam już list do Nolana, Dylana oraz podpisałam rezygnację ze studiów. O ile napisanie dwóch poprzednich listów było proste, list do Justina idzie mi jak krew z nosa. Co tak właściwie powinnam mu napisać? Pożegnać się? Wyznać, jak bardzo go kocham, ale nie mogę zostać po tym, co się wydarzyło? A może obarczyć go winą za wszystko, co zrobił pozostawiając z poczuciem winy? Nie. Tego ostatniego zrobić nie mogę. Nadal go kocham, nadal jest biciem mojego serca i nadal chcę dla niego jak najlepiej. Niech pójdzie dalej, zapomni, będzie szczęśliwy. Spędziłam z nim najpiękniejszy czas w swoim życiu, czerpałam garściami to, co mi dawał i już zawsze będę mu za to wdzięczna. Tak, zdecydowanie napiszę, jak wyjątkowym jest człowiekiem i wręcz zażądam, aby swoją przyszłą dziewczynę traktował tak, jak mnie na początku naszego związku. Aby jej ufał, bo jak powiedział Nolan, bez zaufania nie stworzy się związku. My jesteśmy tego idealnym przykładem. Wystarczyła chwila zawahania, gniewu, a reszta potoczyła się sama.



Justin POV:
Dochodzi dwudziesta. Zakładam na siebie skórzaną kurtkę, poprawiam włosy, a do kieszeni wsuwam telefon. Wreszcie doprowadziłem się trochę do porządku, zjadłem coś i jestem gotowy, aby wrócić do szpitala. Mam zamiar spędzić z Ivy noc, pomóc jej wrócić do zdrowia. Zawsze działam szybko, tak było i tym razem. Ułożyłem świetny plan, który w tej sytuacji był idealnym rozwiązaniem. Zaledwie dziesięć minut piechotą od uczelni znalazłem mieszkanie. Obejrzałem je pół godziny temu, a nawet wstępnie zarezerwowałem. Jestem pewny, że spodoba się Ivy. Jest dwupokojowe, urządzone w jej ulubionych, stonowanych kolorach, w dodatku ma uroczy balkon z drewnianą podłogą. Boję się tylko tego, że za nic w świecie nie będzie chciała tam zamieszkać. Zostanie tutaj, a to nie wpłynie na nią zbyt dobrze. 
Ludzie nieco się uspokoili, ale będą patrzeć na nią inaczej. Jedni okażą współczucie, drudzy będą śmiać się z tego, że jej granica została przekroczona, co doprowadziło ją do targnięcia się na swoje życie. Jej historia ponownie będzie dla nich pożywką, alternatywą dla zabicia czasu i zdołowania drugiego człowieka. A ja nie pozwolę, aby Ivy ponownie cierpiała. Popełniłem masę błędów, które mam zamiar naprawić. Kocham ją i chcę się nią zaopiekować. Nie zostawię jej samej nigdy więcej. Jest miłością mojego życia. Czuję to.
- Oglądałeś mieszkanie? - do pokoju wchodzi Dylan, który rzuca się na moje łóżko i uśmiecha szeroko. 
- Tak, godzinę temu. Wstępnie je zarezerwowałem i pokażę je Ivy jak tylko będzie mogła wyjść ze szpitala.
- Wiesz, że łatwo nie będzie, prawda? - drapie się w kark, posyłając mi znaczące spojrzenie - Jest uparta.
- Tsa, powiedz mi coś, czego nie wiem - przewracam oczami, bo doskonale wiem, że będę przekonywał ją całą wieczność - Nie mam jednak zamiaru ustąpić. Nie może tutaj wrócić, to jej w niczym nie pomoże.
- Justin! - odwracam wzrok i gapię się w stojącego w progu Nolana. Jest blady jak ściana, w dłoni trzyma kopertę, a w drugiej rozłożoną kartkę - Ivy odeszła - uchylam usta, serce podskakuje mi do gardła i nie wierzę w to, co właśnie powiedział - To list do ciebie i Dylana - podaje nam koperty, obracam ją w dłoniach, jednak jestem zbyt zszokowany, aby zrobić jakikolwiek ruch - Zrezygnowała ze studiów.
- C-co? - jąkam się, a łzy napływają mi do oczu - N-nie mogła. Przecież te studia były dla niej ważne!
- Po prostu przeczytajcie własne listy. Ja swój skończyłem i wciąż jestem w szoku. Co ona narobiła?


Wychodzę z pokoju i idę na stadion. Siadam w siódmym rzędzie, nerwowo podryguję nogą próbując przygotować się na to, co zaraz przeczytam. W moim ciele szaleje siła, która rozrywa moje wnętrzności kawałek po kawałku i modlę się, aby Nolan jednak nie miał racji. Żeby w tym liście było coś, co da mi nadzieję na naszą wspólną przyszłość. Nie mogła odejść, nie mogła mnie tak po prostu zostawić!
Nie wytrzymuję dłużej w tej cholernej niepewności. Drżącą dłonią rozrywam kopertę i czytam:



Justin...

Kiedy czytasz ten list, ja jestem już spory kawałek od ciebie. Pewnie jesteś zdziwiony moją decyzją, jednak to było jedyne wyjście z sytuacji. Nie mogę żyć w tym miejscu, z tymi ludźmi, którzy tak potwornie mnie potraktowali. Nawet znienawidziłam te studia, przez które ponownie spadłam na sam dół. Tak długo walczyłam o własne życie, a kiedy już mi się to udało, demony w mojej duszy upomniały się o mnie i tak oto zaczynam od nowa. Nie jestem pewna, ile jeszcze zniosę tych "początków", ale chyba jestem już tym zmęczona. Życie jest takie ciężkie, a ja mam coraz mniej siły. Nie obawiaj się, zapewniam cię, że nie chcę się zabić, przynajmniej nie teraz. Powalczę jeszcze trochę, dopóki całkowicie nie osłabnę.

Chciałam ci podziękować. Za to, że dzięki tobie poznałam smak szczęścia i miłości. To był najpiękniejszy czas w moim życiu i już zawsze będę ci za to wdzięczna. Poczułam, jakby komuś naprawdę na mnie zależało, jakbym była warta uwagi, troski, każdego uścisku i całusa. Jesteś wspaniałym facetem, chociaż czasami nieznośnym. Mimo tego jesteś, i zawsze będziesz, miłością mojego życia. Nigdy nie pokocham kogoś tak, jak pokochałam ciebie. Ba! Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie kochać. Moje serce chyba nie jest już do tego zdolne.
Będę wracać pamięcią do tych cudownych chwil, które z tobą przeżyłam. Do pocałunków, oglądania seriali na Netflixie zajadając się ogromną ilością słodyczy, do spędzonych z twoją rodziną świąt, do twoich dłoni na moim ciele. Boże, ależ będę za tym tęsknić! 

Proszę cię o jedno. Idź dalej i bądź szczęśliwy. Zapamiętaj mnie jako uśmiechniętą Ivy, wpatrzoną w ciebie z miłością i oddaniem. Traktuj swoją przyszłą dziewczynę jak księżniczkę, bo zapewne będzie wyjątkowa. Pokocha cię tak, jak ja pokochałam ciebie, a może nawet mocniej? Da ci siłę, której ja nigdy nie miałam, a która pomaga zmierzyć się ze światem i podłością ludzi. Uśmiechaj się często, ciesz życiem, imprezuj, ale z umiarem, i bądź ostrożny w kontaktach z niewłaściwymi ludźmi. Oni tylko czekają, aby nas złamać i posłać na sam dół, z którego czasami nie ma ucieczki. 

Ja ruszam dalej, chociaż nie mam bladego pojęcia dokąd. Tak naprawdę jestem przerażona przyszłością i zmianami, które mnie czekają. Boję się samotności, której muszę odważnie stawić czoło, a której zawsze tak bardzo się bałam. Trzymaj za mnie kciuki.
Kończę mój list. Może pewnego dnia spotkamy się gdzieś, gdzie zupełnie nie będziemy się tego spodziewać? Albo i nie? Zobaczymy. Wybacz mi proszę, że odchodzę bez pożegnania, ale oboje wiemy, że nie pozwoliłbyś mi na to, więc tak czy siak musiałabym uciec po cichu.
Nie czuj się winny tego, co się wydarzyło. Miałeś w tym swój udział, co oboje wiemy, jednak jestem słaba, Justin, zbyt słaba, aby żyć na tym chorym świecie. Żałuję jedynie, że nie zobaczyłeś prawdy w moich oczach, że tak łatwo mnie skreśliłeś, nie dając nawet szansy dojść do słowa. Może gdybym miała taką możliwość, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej? Teraz nie ma sensu "gdybać", bo wiemy, jaki był finał tej historii.
Dziękuję ci za opiekę w szpitalu. Dziękuję ci, że byłeś... 


Kocham cię
Twoja Ivy.

Kończę czytać list, a moje policzki zalewają słone łzy. I nic już nie ma, pustka. Wszystko przepadło.  






K  O  N  I  E  C 




*********************************
Zostawię to dzisiaj tak, jak jest.
Notkę napiszę jutro.

💔









środa, 4 kwietnia 2018

Rozdział dwudziesty szósty


Czuję, jakbym spadała
Spadam z powrotem
Do miejsca, gdzie jesteś
Czy słyszysz, jak wołam twoje imię?


Justin POV:
Czuję lekkie uderzenie na policzku. Ktoś potrząsa moim ramieniem nie dając za wygraną. Wreszcie uchylam powieki, mrugam kilka razy i odzyskuję przytomność. Leżę na szpitalnym łóżku, nade mną pochyla się zatroskana pielęgniarka, a pod ścianą stoją chłopcy. Dopiero po chwili dociera do mnie, gdzie jestem.
- Spokojnie, proszę się jeszcze nie podnosić, musi Pan dojść do siebie. Za kilka minut będzie już lepiej.
- To nie jest konieczne, czuję się dobrze. Chcę do niej pójść, błagam! - mój głos brzmi rozpaczliwie i mam ochotę się rozpłakać. Pielęgniarka bez sprzeciwów przytakuje głową i rusza w stronę drzwi. Zeskakuję z łóżka, trochę kręci mi się w głowie, ale chrzanię to. Kumple wychodzą zaraz za mną, idziemy wzdłuż znajomego korytarza i dochodzimy do drzwi, które sam popycham. Niepewnie wchodzę do sali, serce tłucze się w piersi, a moje ciało ponownie przejmuje przeogromny szok! Przysiadam na krzesełku, chwytam jej zimną dłoń i przysuwam do ust. Już się nie hamuję, płaczę jak małe dziecko wyrzucając z siebie całą rozpacz, bezradność, strach - C-co się stało? - pytam, próbując opanować emocje, co jest trudne.
- Kiedy spałeś, lekarz opowiedział nam wszystko. Cóż, Ivy podcięła sobie żyły na stadionie. Jakimś cudem zaplątał się tam ten dzieciak, który pokazał nam zdjęcia. Siedział z jakąś laską i się migdalili, aż nagle usłyszeli jakiś głośny jęk. To była Ivy, widocznie rozcinanie skóry nie jest niczym przyjemnym. Szukali jej,
a kiedy znaleźli od razu wezwali pogotowie. Ivy straciła sporo krwi, na szczęście ich reakcja była natychmiastowa. Gdyby nie oni, nie byłoby jej tutaj teraz - kręcę głową, jakbym nie dopuszczał do siebie tej okropnej myśli - Dzieciak myślał, że Ivy umarła, skoro była cała zakrwawiona, a sanitariusze nie powiedzieli ani słowa o jej stanie. Tak oto uśmierciliśmy ją, a ona przeżyła. Koniec przerażającej historii.
- Nie wierzę - zamykam oczy, przytulam czoło do jej dłoni i zamykam oczy. Moja maleńka dziewczynka żyje! Nic innego się teraz dla mnie nie liczy, tylko ona i jej zdrowie - Co mówią lekarze o jej stanie?
- Nie znam się na tym całym lekarskim żargonie, więc poprosiłem lekarza, aby powiedział prosto i tak, abym wszystko zrozumiał. Więc, Ivy straciła sporo krwi, ale jej stan jej stabilny. Wyjdzie z tego.
- Całe szczęście - uśmiecham się przez łzy, układam dłoń na jej głowie i głaszczę czule - Wszystko będzie dobrze, biedroneczko. Przysięgam na wszystko! Nigdy więcej nie zrobię ci krzywdy, tylko musisz się obudzić i przełamać się, aby mi wybaczyć - mówię cicho wpatrując się w jej piękną, spokojną, choć nadal bladą twarz - Jesteś dla mnie najważniejsza, wiesz o tym. Wróć do mnie jak najszybciej, proszę.


Spędzam w szpitalu popołudnie. Dochodzi wieczór, siedzę w fotelu i nie spuszczam Ivy z oka. Lekarz zaglądał do niej kilka razy, na szczęście pozwolił mi zostać. Wyjaśniłem mu sytuację z jej rodzicami, a jako, że Ivy wpisała mnie jako jedyną osobę do kontaktu, miałem pełne prawo wiedzieć jaki jest jej stan.
I tak by mnie stąd nie ruszył, nawet siłą. Nadal byłem w szoku, że przeżyła. Chciałem być przy niej.

- Od rana nic nie jadłeś, przyniosłem ci kawałek pizzy - do sali wchodzi Dylan z Nolanem, a po sali natychmiast roznosi się zapach ciasta. Wcześniej nawet nie pomyślałem o jedzeniu - Kiedy się obudzi?
- Lekarz powiedział, że potrzebuje trochę czasu. Obudzi się wtedy, kiedy będzie gotowa - wzdycham ciężko i zjadam wielki kawał pizzy. Posiłek sprawia, że czuję się jak nowo narodzony - Zostanę z nią na noc.
- Zajrzymy rano, teraz musimy spadać. Pielęgniarki już burczały pod nosem, że tu jesteśmy - Dylan przewraca oczami, podchodzi do Ivy i całuje ją w czoło - Trzymaj się, mała. Wszystko będzie dobrze.
- Dzwoń natychmiast, gdyby coś się zmieniło - przybijam z nimi żółwika i zostaję sam z moją dziewczyną.


Przesypiam noc na fotelu, a Ivy nadal się nie nudzi. Kiedy kilka minut po dziewiątej rano wychodzę z łazienki, do środka wchodzi Alayna. Unoszę brwi na jej widok, bo jednak w życiu bym się nie spodziewał akurat jej. Przez ostatnie tygodnie nie pałała do Ivy sympatią, wręcz przeciwnie, trzymała się z Meredith.
- Wiem, że jesteś zaskoczony moim widokiem, ale musiałam przyjść - zaciska usta, niepewnie spogląda na Ivy i odkłada białego misia na szafkę - To, co się stało uświadomiło mi, że niektórzy ludzie są krusi i nie można postępować podle. Ivy nie zasłużyła na to, co ją spotkało. Jest dobrą osobą, szczerą i pomocną. Niestety przysłużyłam się do tego, czuję się paskudnie i chcę, żebyś o tym wiedział - wpatruję się w nią, a jej słowa bardzo mnie zaskakują. Jestem niezmiernie ciekawy, co takiego zrobiła - Musisz wiedzieć, że to wszystko było zaplanowane, Justin - wreszcie patrzy mi w oczy, a mój żołądek wywija salto. Boję się tego, co chce mi powiedzieć - Meredith szalała z zazdrości i to ona zaplanowała całą akcję z Ivy na korytarzu - Boże, nie wierzę! - Ukradła jej ubrania z łazienki, zaniosła do pokoju, a kiedy Ivy do niego wróciła, stała w środku i trzymała drzwi, aby nie mogła wejść. Była tylko w ręczniku, więc poszła do Nolana. Wiedz, że wyszła z jego pokoju po minucie z zapasowym kluczem do waszego pokoju - krew odpływa mi z twarzy. Gapię się na nią, jakby mnie sparaliżowało i wręcz jestem przerażony jej słowami. Meredith ukartowała to, żeby skłócić mnie z Ivy. Niech to kurwa szlag! - Reszta filmiku była domontowana. Nie zauważyłeś tego, ale wychodząca postać z pokoju Nolana to nie była Ivy, to była Meredith z owiniętym na włosach ręcznikiem. Dlatego kilka razy potrząsałam telefonem, traciłam kadr, żeby potem móc to swobodnie zmontować. Ivy cię nie zdradziła, Justin. Na pewno nie w tamtym momencie - siadam gwałtownie i chowam twarz w dłoniach. To, że zaślepił mnie gniew to jedna sprawa, druga, że Meredith to zaplanowała. Wiedziała, jak bardzo kocham Ivy, jak potwornie mi na niej zależy i postanowiła to zniszczyć. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby posunąć się tak daleko?! W dodatku sama pokazała mi filmik, przyszła wczoraj do mojego pokoju! Po tym wszystkim miała odwagę spojrzeć mi w oczy! - Nie chciałam, aby ta sytuacja miała miejsce. Mam ogromne wyrzuty, że się na to zgodziłam. Meredith jednak bywa przekonywująca.
- Nie wierzę, że posunęłyście się do takiego świństwa. Meredith wiedziała, że jestem zazdrosny o Nolana i wykorzystała go, posłużył jej za przynętę! Czy zdajecie sobie sprawę, co zapoczątkowałyście?
- Owszem, zdaję sobie z tego sprawę. Kiedy tylko dowiedziałam się, że Ivy nie żyje wpadłam w rozpacz. Dopiero dzisiaj Nolan powiedział mi, że przeżyła. Meredith jednak chyba nadal pragnie cię z powrotem.
- Jeszcze dzisiaj wyleci z hukiem! Dopilnuję tego. Wujek wreszcie będzie miał idealny powód, aby zakończyć jej karierę w tym miejscu! Przebiegła suka, nienawidzę jej! Gdyby nie ona, nadal byłbym z Ivy.
- Przykro mi, Justin. Naprawdę szczerze mi przykro. To nigdy nie powinno było się wydarzyć.
- Zgadzam się, a jednak się wydarzyło. Tylko dlatego, że cholerna Meredith ma nierówno pod sufitem.
- Ona jest zapatrzona w ciebie jak w obrazek, bądź ostrożny. Kto wie, co jeszcze siedzi w jej głowie.
- Nie ma to już znaczenia, niebawem jej tutaj nie będzie. Mam ochotę udusić ją gołymi rękoma.
- Wszyscy popełniliśmy ogromny błąd, który mógł kosztować Ivy życie. Na pewno wyniesiemy z tego nauczkę na przyszłość. Trzymaj się, Justin - uśmiecha się smutno, wychodzi z sali i zapada cisza.
Wciąż jestem zszokowany, gapię się w drzwi przez które właśnie przeszła, a w mojej głowie panuje totalny rozpierdol. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że Meredith może wpaść na tak szalony i ryzykowany plan. Zapoczątkowała coś, co mogło skończyć się tragedią! Oczywiście nie twierdzę, że jestem bez winy, bo dolałem oliwy do ognia, jednak gdyby nie Meredith, nic by się nie stało. Nie wpadłabym w szał, nie uwierzyłbym w domniemaną zdradę i być może teraz tuliłbym do siebie Ivy, całując jej słodkie usta. Niestety mojej winy jest jeszcze więcej, ponieważ nie uwierzyłem jej, kiedy zaprzeczała. Nie chciałem jej wysłuchać, a przecież miała prawo to wyjaśnić. Kocham ją z całego serca, a zachowałem się jak buc! Wcale nie zasługuję na wybaczenie, wręcz przeciwnie, powinienem za to cierpieć.

Wchodzę do łazienki, opłukuję twarz i wracam do Ivy. Siadam na krzesełku obok łózka, biorę jej ciepłą dłoń w swoją i całuję wierzch. Zaskakuje mnie, kiedy nagle zaczyna się wiercić, mruczy cicho pod nosem i porusza ramionami. Jęk bólu opuszcza jej usta, oblizuje spierzchnięte wargi i wreszcie otwiera oczy. Widzę, jak bardzo jest zdezorientowana, bo mija długa chwila, zanim przyzwyczaja się do światła.
- Biedroneczko - szepczę cicho, aby jej nie przestraszyć. Niepewnie przekręca głowę, a nasze oczy się spotykają. Mam ochotę krzyczeć ze szczęścia, wziąć ją w ramiona i mocno uściskać. Nie mogę zrobić żadnej z tych rzeczy - Wiesz, co się wydarzyło? - przytakuje głową i oddycha głębiej - Jesteś w szpitalu.
- D-dlaczego żyję? - ledwo ją słyszę. Jej głos jest słabiutki i ma straszną chrypkę - M-miałam umrzeć.
- Znalazł cię jakiś chłopak i natychmiast wezwał karetkę. Straciłaś sporo krwi, ale na szczęście przeżyłaś.

- Nie chciałam przeżyć, c-chciałam umrzeć - zamyka oczy i widzę kilka łez, które płyną po policzkach.
- Nie mówmy o tym teraz, dobrze? Musisz odpocząć, dojść do siebie i zregenerować siły. Wezwę lekarza, musi cię obejrzeć - wciskam przycisk przy jej łóżku, a po chwili do sali wchodzi ten sam doktor, który do mnie dzwonił - Obudziła się kilka minut temu. J
est zdezorientowana, ale zamieniliśmy parę zdań.
- Świetnie, to dobry znak. Dzień dobry, Ivy. Mam na imię Roger, jestem twoim lekarzem prowadzącym, pozwól mi cię zbadać - uśmiecha się do niej, jednak Ivy nie reaguje. Lekarz ogląda jej ciało, dokładnie sprawdza, słucha, stuka, puka w kolana i łokcie. Obserwuję to, ale nic nie rozumiem - Wygląda na to, że wszystko w porządku. Jeszcze spojrzę na rany - ostrożnie odwija bandaż, a żołądek podchodzi mi do gardła. Chryste! - Niestety Ivy zraniła się szkłem, przez co nadgarstki wyglądają bardzo źle - tak, przyznam mu rację. Skóra jest poszarpana, jakby walczyła z jakimś zwierzęciem, a nie z kawałkiem szkła - Jeśli ktoś nieumiejętnie podetnie sobie żyły, może wyrządzić sobie więcej krzywdy niż pożytku. Ivy wprawdzie trafiła w żyły, na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Bardziej martwi mnie jej stan psychiczny i o tym będziemy musieli porozmawiać - zwraca się do niej, Ivy oblizuje usta i pierwszy raz widzę na jej twarzy jakiekolwiek emocje - Nasz psycholog odwiedzi cię, kiedy poczujesz się lepiej. Może dzisiaj lub jutro?
- To zbędne, ja nie potrzebuję psychologa - mówi słabo i podsuwa się nieco na poduszkach. Od razu zrywam się i pomagam jej - Nic mi nie dolega, wolałabym stąd wyjść. Kiedy to będzie możliwe?
- Hola, hola! Nie mogę tak szybko cię wypuścić. Trzeba obserwować twoje nadgarstki, muszą się zagoić - lekarz chrząka i niepewnie spogląda na mnie - Odpocznij, sen dobrze ci zrobi. Panie Justinie, mogę prosić na chwilę? - przytakuję głową, podnoszą się z krzesła i wychodzę za nim z sali - Nie żartowałem z psychologiem. Ivy chciała popełnić samobójstwo, takie przypadki zawsze wymagają porad psychologa.
- Spróbuję ją jakoś do tego namówić, ale będzie ciężko. Ivy ma charakterek i jest bardzo uparta.
- Proszę, aby Pan się bardzo postarał. Jeśli ma jakieś problemy, może chcieć zrobić to ponownie.
- Zapewniam, że nic takiego nie będzie miało miejsca. Dopilnuję, aby była całkowicie bezpieczna.
- No dobrze, muszę uciekać na obchód. Gdyby coś się działo proszę wezwać mnie lub pielęgniarkę.
- Oczywiście, dziękuję - ściskam jego dłoń i wracam do Ivy - Hej, co robisz? - podbiegam do niej i podtrzymuję za ramię - Powiesz mi dokąd się wybierasz? Niestety nie potrafię czytać w myślach.
- Chce mi się siku - odpowiada beznamiętnie i wskazuje białe drzwi, które znajdują się w spokoju. Pomagam jej dojść, zamyka się w środku, a ja czekam, aż skończy. Mam zamiar się nią zaopiekować i nie spuścić z oka nawet na chwilę - Już - wychodzi i człapiemy z powrotem do łóżka - Dzięki za pomoc.
- Nie ma za co - okrywam ją kołdrą, oddycha głośno i wtula się w poduszkę - Tak wiele chciałbym ci powiedzieć, ale to nie jest odpowiedni moment. Jesteś zmęczona i powinnaś się przespać.

- Właściwie, co tutaj robisz, Justin? Nie jesteśmy razem, wcale nie musisz tutaj siedzieć. Wolę być sama.
- Nie zostawię cię, Ivy. Już raz popełniłem ten błąd, nie zrobię tego ponownie. Będę obok ciebie.
- Całe życie radziłam sobie sama, więc teraz też dam radę. Szkoda twojego cennego czasu, Justin.
- Nie będę o tym z tobą dyskutował. Prześpij się, a potem zastanowimy się co dalej - przewraca oczami i nic więcej nie mówi. Nie mam zamiaru się z nią kłócić, to nie jest odpowiednia chwila.


Popołudniu Ivy dostaje obiad. Je niechętnie, chociaż staram się ją zmobilizować. Wygląda na słabą, jest zmarnowana i ma worki pod oczami. Jej nadgarstki owinięte są białym bandażem, jednak przed oczami mam widok tego, co się pod nimi znajduje. Mam wrażenie, że raniła się wręcz na siłę, bo jej skóra nie tyle była rozcięta, co rozorana. Musiała cierpieć, a ta myśl jest cholernie przygnębiająca. 



Ivy POV:
Nie mogę skupić się na jedzeniu, kiedy Justin siedzi obok, przykłada palce do ust i wygląda tak, jakby intensywnie nad czymś rozmyślał. Bardzo chciałabym poznać jego myśli, nawet zapytać, jak się czuje.
Nie wypowiadam jednak słowa i wciskam w siebie kolejną łyżkę zupy. Nie wiem, dlaczego nadal tutaj jest marnując swój czas bezczynnie. Mógłby robić teraz coś ciekawego, na przykład spotkać się z Meredith. Mam tylko nadzieję, że nie omija przeze mnie zajęć. Już nic nas nie łączy, nie musi się o mnie troszczyć.

- Nie powinnaś wracać do akademika - zupa staje mi w gardle, gwałtownie przekręcam głowę i gapię się na niego zdziwiona. O czym on mówi?! - Oboje wiemy, że ludzie są wredni i nie będziesz miała tam życia. Nie chcę, żebyś musiała ponownie przez to przechodzić. Sprawy i tak wymknęły się spod kontroli.
- Nie wiem, dokąd miałabym pójść. To miłe, że się tym przejmujesz, ale jak mówiłam, dam sobie radę.
- Przestań, dobrze? - mówi ostro i napina szczękę. Wygląda na złego - Pozwól mi się sobą zaopiekować.
- Nie pozwolę - odpowiadam cicho, a na jego twarzy pojawia się rozczarowanie i ból - Nie patrz tak na mnie, czego się spodziewałeś? Że przeżyję i wszystko będzie jak dawniej? Nigdy już tak nie będzie.
- Wiem, to oczywiste. Zdarzyło się zbyt wiele złych rzeczy, żeby ot tak o nich zapomnieć. Jednak trzeba iść dalej i odbudować to, co niestety spierdoliłem. Chciałbym, abyś dała mi szansę. Wiesz, że cię kocham.
- Gdybyś mnie kochał, nic z tych rzeczy nie miałoby miejsca. Boże, nagrałeś nasz seks, Justin!
- Tak, i jest mi z tego powodu potwornie wstyd - opiera łokcie na kolanach i schyla głowę. Tak bardzo go kocham, a jednocześnie nienawidzę. Nie wierzę, że był w stanie mnie skrzywdzić. Właśnie on! - Szkoda, że nie można cofnąć czasu, szkoda, że tak wiele rzeczy zrozumiałem tak późno. Jestem idiotą, Ivy.
- Owszem, jesteś. Ufałam ci, byłeś jedyną osobą, która znaczyła dla mnie wszystko, a ty po prostu perfidnie się na mnie zemściłeś. Za co, huh? Za to, co powiedziałam wtedy na imprezie? Naprawdę to było tego warte? - kręci przecząco głową, wpatrując się w podłogę. Moje serce kurczy się boleśnie i mam totalny mętlik w głowie - Mam do ciebie ogromny żal. Myśl, że zrobiłeś to z premedytacją boli mnie najbardziej. Jesteś jedynym chłopakiem, który miał moje ciało, a ty pokazałeś je wszystkim tym ludziom, którzy szydzili ze mnie i chcieli zapłacić za numerek! - gwałtownie podnosi głowę, a w jego oczach widzę bezradność i poczucie winy. Słusznie, powinien czuć się winny! - Myślisz, że kiedykolwiek o tym zapomnę?
- Chciałbym, żebyś zapomniała, ale mam świadomość, że to nie jest możliwe. Zaślepiła mnie zazdrość.
- Rozumiem to, naprawdę, Justin. Twoja zazdrość, chociaż zdecydowanie zbyt przesadna, czasami była słodka. Chciałam wierzyć, że okazywałeś ją dlatego, bo obdarzyłeś mnie szczerym uczuciem.

- Bo obdarzyłem, Ivy! Jesteś moją pierwszą dziewczyną, dla ciebie się zmieniłem. Wiem, że dałem dupy, i czuję się z tym koszmarnie! Niestety Meredith wykorzystała Nolana do swoich planów i domontowała resztę filmiku. Alayna mi wszystko powiedziała. Wyszłaś od Nolana po minucie, z zapasowym kluczem - o, Boże! Uchylam usta i nie wierzę, że prawda wyszła na jaw. Tym bardziej jestem w szoku, że zdradziła ją moja współlokatorka, która mnie przecież nie lubi - Ta akcja była zaplanowana, Meredith chciała nas ze sobą skłócić, co jej się udało. Niestety cała reszta jest moją winą o czym doskonale wiem. Przepraszam, Ivy. Przepraszam za to, że posunąłem się tak daleko. Przepraszam za to, że ci nie zaufałem, odrzuciłem i nie chciałem wysłuchać. Wiedz, że jesteś dla mnie najważniejsza i kocham cię z całego serca - widzę łzy w jego oczach, aż muszę odwrócić wzrok. Przekręcam głowę, wlepiam wzrok w ścianę i zaciskam usta, aby nie wybuchnąć płaczem. Przeprosił mnie, żałuje, więc wszystko powinno być okej, prawda? Nie, niestety nie jest. Próbowałam odebrać sobie życie, aby uciec od tego koszmaru, który mi zgotował. Jak na złość nie udało mi się, i teraz męka zacznie się od nowa. Nie potrafię zapomnieć, to zbyt mocno zakorzeniło się w mojej głowie - Proszę, porozmawiaj z psychologiem. Nie musisz się zwierzać, tylko go wysłuchaj.
- Nie, i proszę, nie namawiaj mnie do tego. Nie potrzebuję z nikim rozmawiać. Chcę być sama.
- Ivy, nie bądź taka. Chcę dla ciebie dobrze, tak samo jak doktor Roger. Taka rozmowa może być pomocna.
- Jeśli masz zamiar mnie przekonywać, to możesz sobie już pójść. Zresztą, i tak nie powinno cię tu być.
- Cóż, podałaś mnie jako osobę do kontaktu, czyż nie? - szlag! Zrobiłam to kilka tygodni temu, ponieważ to miejsce zawsze było puste. Tak dobrze móc było wpisać jego imię i nazwisko, bo czułam, że jest jedyną osobą, którą interesuje moje zdrowie - Dobrze, że to zrobiłaś. Gdyby nie to, pewnie nadal myślałbym, że nie żyjesz - och! Przekręcam głowę i patrzę na niego zaskoczona - Dzieciak, który cię znalazł robił zdjęcia i powiedział, że nie żyjesz. Przez całą noc opłakiwałem cię, dopóki nie zadzwonił doktor Roger i poprosił, żebym tutaj przyjechał. Sądziłem, że muszę zidentyfikować twoje ciało, a kiedy wszedłem do sali i zobaczyłem ciebie, zemdlałem - o, cholera! Jestem w szoku po jego słowach! - To było straszne.

- Dzień dobry - naszą rozmowę przerywa kobieta w lekarskim kitlu, która wchodzi do środka. Uśmiecha się ciepło, podchodzi do łóżka i niepewnie zerka na Justina - Czy mogłabym zamienić kilka słów z Ivy na osobności? - Justin przytakuje głową, cmoka mnie w czoło, czym mnie zaskakuje, i wychodzi. Zostajemy same i zastanawiam się, dlaczego to ona przyszła, a nie doktor Roger - Nazywam się Danielle Field, jestem psychologiem - och, świetnie! Tylko jej tutaj brakowało - Chciałam z tobą porozmawiać - wzdycha ciężko, masuje skronie, a mój niepokój się potęguje. Mam uraz do psychologów, po aresztowaniu ojca rozmów nie było końca, chociaż nikt nie pytał czy mam na nie ochotę. Wciąż od nowa wyciągali ode mnie moją bolesną przeszłość, nie pozwalając ranom się zagoić - Twój stan psychiczny bardzo mnie martwi, dlatego doktor Roger poprosił mnie, abym do ciebie przyszła. Wiedz, że cały czas jestem do twojej dyspozycji, Ivy.
- Może Pani przejść do rzeczy? Stresuje mnie taka nawijka, więc proszę mówić, co ma Pani do powiedzenia.
- W porządku - oddycham głęboko, zakłada kosmyk włosów za ucho i patrzy mi w oczy - Doktor zlecił kilka badań. Nie wiem, czy o tym wiedziałaś, ale... jesteś w ciąży
- kiedy wypowiada te trzy, krótkie słowa krew odpływa mi z twarzy. Gapię się w jej zielone oczy i nie wierzę w to, co powiedziała. Chciałam się zabić, do cholery! Nic gorszego już nie mogło mi się przydarzyć, a mimo to życie ponownie kopie mnie w dupę! 










środa, 28 marca 2018

Rozdział dwudziesty piąty


Za późno już, by pokazać ci, jakie naprawdę jest moje serce...


Justin POV:

Czuję, że się duszę. Brakuje mi powietrza, a przed oczami widzę jedynie ciemność, która powala mnie na kolana. Gdzieś obok słyszę rozpaczliwe nawoływanie Nolana, jednak nie mogę skupić się na jego głosie. Do mojej świadomości dociera to, co powiedział chłopak. Ivy odebrała sobie życie, zabiła się, przeze mnie! Krzyczę na całe gardło, szarpię za włosy i wybucham płaczem. Nie mogę pogodzić się z tym, co jest koszmarną prawdą. Widziałem jej zalane krwią ciało, które sanitariusze układali na noszach. Jej dłonie, podcięte żyły, bladą twarz, jej jasne włosy, które wręcz się z nią stapiały. Boże! Moja mała, Ivy! Jakim stałem się człowiekiem, skoro dopuściłem do jej samobójstwa? Wiedziałem, jaka jest słaba psychicznie, a zrobiłem coś, co zepchnęło ją na krawędź. Omamił mnie gniew przez który zapomniałem, jak kruchą osobą jest moja dziewczyna. Wystarczył podmuch, aby złamać ją i roztrzaskać na drobne kawałeczki. To żałosne, tak nierealne, że osobą, która to zrobiła jestem właśnie ja! Jak mam żyć z myślą, że doprowadziłem tę biedną, niczemu winną dziewczynę do tak drastycznego kroku? Nigdy nie będę w stanie sobie tego wybaczyć, nigdy nie będę w stanie pójść dalej. Tylko ona się liczy, to ona będzie ze mną już na zawsze i będę opłakiwał ją do końca swojego marnego życia! Jestem nikim, po prostu nikim! Nienawidzę siebie, nienawidzę tego, co zrobiłem! Najchętniej poszedłbym w jej ślady i strzelił sobie w łeb! Kim się stałem?

Nolan siłą zaciąga mnie do pokoju i sadza na łóżku. Kompletnie nie kontaktuję, jestem odcięty od rzeczywistości, a przed oczami mam bladą, pozbawioną życia twarz Ivy. Ten widok prześladuje mnie i jestem pewny, że długo nie pozbędę się go z mojej głowy. Wcale nie chcę się go pozbywać, wręcz przeciwnie, chcę go zachować i katować się nim za karę. Zasłużyłem na to, powinienem cierpieć do ostatniego dnia swojego życia! Zgasiłem promyk, który dawał mi światło, nadzieję, radość, szczęście.
- Co teraz będzie, Nolan? - szepczę cicho, zrywam się z miejsca i wpadam w panikę - Boże, co teraz będzie?! Ja nie potrafię bez niej żyć! Nawet nie chcę! Ona musi wrócić, rozumiesz?! Musi do mnie wrócić!
- Spokojnie, Justin. Wszystko się ułoży - mówi to tak, jakby sam w to nie wierzył. Doskonale wiem, że nic się nie ułoży, z dnia na dzień będzie jeszcze gorzej! - Pójdę na chwilę do Alayny, zaraz wracam - wzdycha ciężko i opuszcza pokój. Przecieram twarz rękami, jestem przerażony i boję się, po prostu się boję. Jak mam sobie bez niej do cholery poradzić?! Jak mogła odebrać sobie życie? W dodatku przeze mnie, przez skończonego idiotę! Była taka dzielna, tak wiele zniosła, więc dlaczego poddała się akurat tym razem?! Przypominam sobie nasze wszystkie piękne chwile i te, które zafundowałem jej tuż po rozstaniu. Boże, widziałem jej złamane oczy, to, jak bardzo chciała ze mną porozmawiać, a ja ją od siebie odepchnąłem!
Po prostu machnąłem ręką, jakby była mi zupełnie obojętna, chociaż jest dla mnie całym światem! Nie dociera do mnie, że nie żyje, że jest gdzieś tam, skąd nie mogę jej zabrać. Zasługuje na wszystko, co najlepsze na tym świecie. Tak bardzo chcę mieć nadzieję, że jest szczęśliwa, że już nie musi przeze mnie cierpieć, że jest spokojna. Nigdy więcej nie wezmę jej już w ramiona, nie pocałuję, nie powiem, jaka jest piękna i jak bardzo ją kocham. Nie mogę znieść myśli, że niedawno była taka radosna, uśmiechnięta i szczęśliwa. Przywołuję jej cudowny zapach, kolor oczu, dotyk. Odebrała mi to, tak, jak ja odebrałem jej życie. Mam wrażenie, jakbym sam podciął jej żyły, jakbym był katem. Upadam na kolana, podpieram dłonie na podłodze i ponownie płaczę. Opłakuję jej stratę, swoją głupotę. Potrzebuję jej, nie dam rady tak żyć! - Jestem - wraca Nolan, podnosi mnie i ponownie sadza na łóżku. Podaje mi butelkę wody i małą, białą tabletkę - Weź to - nie mam pojęcia, co to takiego, ale chrzanię to. Po cichu liczę, że ta pigułka dobije mnie i dołączę do Ivy, chociaż zapewne nawet tam nie chciałaby mnie widzieć - Musisz się przespać.

Ku mojemu rozczarowaniu, była to tylko tabletka uspokajająca, która kompletnie mnie omamiła. Nie zasnąłem, wręcz przeciwnie, przez całą noc dręczył mnie widok martwej Ivy. Ponownie przed oczami miałem jej bladą twarz, zamknięte oczy, usta bez koloru. Była tak do siebie niepodobna, że mógłbym ją nawet z kimś pomylić. Niestety to była moja Ivy i nic tego już nie zmieni. Jej zakrwawione dłonie, poplamione ubrania, rozszarpane żyły przewijają się w mojej głowie niczym zacięty film. Czy bała się, kiedy to robiła? Czy ją bolało? Czy przed tym drastycznym posunięciem zostawiła mi jakiś ślad? Od niechcenia biorę telefon, który leży na stoliku i odblokowuję go. W skrzynce odbiorczej nie znajduję nic, a to łamie mnie doszczętnie. Wchodzę jeszcze na e-maila i wstrzymuję oddech. Widnieje jedna wiadomość i doskonale wiem, że jest od niej. Mój palec drży i nie jestem pewny, czy mam odwagę to przeczytać. Nie wiem, czy udźwignę to, co znajduje się w środku. Jeśli obwini mnie o swoją śmierć będę czuł do siebie obrzydzenie, jednak taka właśnie jest prawda. Ivy zabiła się przeze mnie i tylko ja ponoszę za to odpowiedzialność, więc muszę zobaczyć to, co mi napisała. Otwieram go niepewnie, oddycham głębiej i znajduję krótki list, który czytam bardzo powoli, starając się zakodować w głowie każde słowo.




Gdybym wiedziała, że to był ostatni raz,
Czułabym bardziej, byłabym mocniej, wzięłabym więcej.

Zostałabym tak długo, aż dłoń rozpuściłaby się w dłoni,
Aż oczy przywykłyby do ciemności,
Aż brzeg ust stałby się końcem świata.

Byłeś wszystkim, czego zawsze potrzebowałam
Zawsze będę cię kochać.

ZAWSZE.

Twoja Ivy.

                                       
      
    
Łzy płyną po moich policzkach, przytulam telefon do piersi i zamykam oczy. Pustka. Pozostała tylko pustka.

Promienie słońca wpadają przez okno, ogrzewając moje policzki. Wstał nowy dzień, ludzie budzą się, zjedzą śniadanie, pójdą na zajęcia. Wszystko toczy się dalej, jak co dzień. Z tą różnicą, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo, ja nie będę taki sam. Zabrakło najważniejszej osoby, która dawała mi szczęście. Dlaczego więc świeci słońce? Dlaczego ludzie gdzieś się śpieszą, rozmawiają, śmieją, skoro nie ma Ivy? To takie dziwne. Umiera człowiek, a życie idzie do przodu. Dla mnie stanęło w miejscu, straciło barwy, urok, sens. Czy tak właśnie czuła się Ivy, kiedy odrzuciłem ją od siebie? Kiedy zrobił to jej ojciec, matka? Czy cierpiała tak samo, jak ja teraz? I czy jej serce wyrywało się z piersi, a jednak nic nie mogła poradzić? Stała w miejscu, a najbliżsi ludzie kroczyli dalej. Czuję się bezradny i tak pusty w środku! Pierwszy raz w życiu nie mam pojęcia, co robić. Jedyne, czego teraz pragnę to zobaczyć jej roześmianą buzię i pocałować te piękne, słodkie usta. Móc poczuć jej smak, zapach. Utwierdzić się w tym, że jest prawdziwa, a to, co teraz się dzieje jest jedynie złym snem. Dlaczego do cholery to nie jest tylko koszmar, z którego zaraz się obudzę, a do pokoju wpadnie Ivy i przywita mnie całusem? Dlaczego musiałem uwierzyć w ten przeklęty filmik? Dlaczego jej to zrobiłem?! Dlaczego, dlaczego, dlaczego?!?! Nienawidzę siebie!

Długo nie jestem sam, do pokoju wchodzi Nolan, Dylan oraz Meredith, której się nie spodziewałem. Wygląda zupełnie inaczej, bez makijażu, z związanymi w kucyk włosami, bez tego wrednego uśmieszku. Nawet dostrzegam na jej twarzy współczucie i smutek. Kto by pomyślał, że Meredith ma w sobie takie uczucia? Przecież nienawidziła Ivy, wyrządziła jej krzywdę wygrzebując bolesną przeszłość. Po co właściwie tutaj przyszła? Żeby popatrzeć na mnie i ujrzeć moje cierpienie? Skoro tak, niech sobie patrzy! Co mi tam.
- Musisz wstać, Justin. Dochodzi jedenasta, ogarnij się, zjedz coś. Przecież o trzynastej masz zajęcia.
- Meredith! - Nolan karci ją i mruży oczy - Naprawdę uważasz, że pójdziemy na zajęcia w takiej sytuacji?
- Nie wiem. Po prostu próbuję przywrócić go do życia, tak? Chce je spędzić leżąc w łóżku? To szalone!
- Tak, chcę je spędzić w łóżku - szepczę cicho, gapiąc się w biały sufit - To tutaj tuliłem do siebie Ivy.
- Skarbie, nie możesz o tym myśleć. Nie rozumiesz, że to w niczym ci nie pomoże? Załamiesz się!
- Już jestem załamany. Nie wyobrażam sobie bez niej życia, była jego sensem. Ona musi wrócić.
- Jej już nie ma, Justin. Umarła - mój oddech przyśpiesza, zaciskam dłonie w pięści i ponownie czuję ten przerażający dreszcz, który przebiega po moim ciele. Wypowiedziała to okropne słowo na głos!
- Jezu, Meredith. Zamknij się! - Dylan wzdycha ciężko i przeciera twarz rękami. Dopiero teraz widzę, jak obaj są zmęczeni - W tym momencie nie potrzebujemy takiego pierdolenia. Więc milcz, albo wynocha.
- Uspokójcie się. Nie będziemy sprzeczać się ani skakać sobie do gardeł. Trzeba pomyśleć, co dalej.
- Chcę zobaczyć Ivy. Muszę to zrobić - wypalam bez zastanowienia i widzę spojrzenia chłopców - Gdziekolwiek jest teraz jej ciało, chcę tam pojechać. Nie mam pojęcia, do którego szpitala ją zabrali.
- Nie martw się, dowiemy się tego. Trzeba jedynie zadzwonić w kilka miejsc i na pewno nam powiedzą.
- Zrobisz to dla mnie? - Nolan przytakuje głową, jednak chyba nie jest do końca pewny, czy to dobry pomysł - Dzięki, stary - kiwam głową, oddycham głęboko i zapada cisza. Nie jest niezręcznie, jest smutno i nijak. Jakby właśnie kończył się pewien etap w naszym życiu - Ivy napisała mi e-mail - przekręcam głowę, a widok ich min jest nieco komiczny - Wyznała, że zawsze będzie mnie kochać. Rozumiecie? Nawet po tym, jakie okropieństwo jej zrobiłem. Jest taka dobra, ma złote serce - uśmiecham się lekko, chociaż wszystko w moim ciele zaciska niewidzialna pięść, fundując dawkę rozrywającego bólu. Potwornie za nią tęsknię!
- Wiele razy mówiła mi, jak bardzo jest dzięki tobie szczęśliwa, przyjacielu. Żałuję, że w to zwątpiłeś.
- Tak, ja też bardzo żałuję. Teraz za to płacę - uśmiecham się przez łzy, a sens tych słów rozrywa moje wnętrzności. To wszystko moja wina i nie mogę sobie z tym poradzić - Chciała mi to wyjaśnić, a ja ją odrzuciłem. Jestem skurwysy... - nie kończę, bo w tym momencie rozlega się dzwonek mojego telefonu.
Na początku mam ochotę go zignorować, jednak kiedy unoszę go do oczu i widzę nieznany numer, wygrywa ciekawość. Jeśli to znowu głupia reklama, przysięgam, że wyjebię go przez okno! - Słucham?
- Dzień dobry, nazywam się doktor Ro​ger Cun​nin​gham, czy rozmawiam z Panem Justinem Vandersolem?
- Tak, przy telefonie - gwałtownie siadam i spinam się - Doktor? Cholera, czy z moją rodziną coś nie tak?!
- Nic mi na ten temat nie wiadomo, dzwonię w sprawie młodej dziewczyny - Boże! Ivy! - Trafiła do nas wczoraj w nocy. Niestety nie znamy jej tożsamości, jedynie posiadamy jej telefon. Widniał Pan w jej książce adresowej jako osoba do kontaktu w razie niebezpieczeństwa - och! Naprawdę podała właśnie mnie? Besztam się w duchu, a kogo innego miałaby podać, skoro ojciec siedzi w więzieniu, a matka hula po świecie? - Muszę z Panem pilnie porozmawiać. Czy może Pan przyjechać do szpitala świętej Teresy?
- Oczywiście, zaraz tam będę. Do zobaczenia - kończę połączenie i sam nie wiem, co mam o tym myśleć - Chodzi o Ivy, nie znają jej danych. Muszę ją zidentyfikować. Jej ciało jej w szpitalu świętej Teresy. Pojedziecie ze mną? - chłopcy kiwają głowami, podnoszę się z łózka i doprowadzam do ładu. 

Nie jestem w stanie prowadzić samochodu, więc robi to Nolan. Nerwowo podryguję nogą, potwornie bojąc się tego, co zobaczę niebawem. Muszę wykrzesać w sobie sporo siły, aby spojrzeć na jej martwe ciało. Ta myśl wcale mi nie pomaga, zwijam dłonie w pięści starając się uspokoić. Wiem, że pochłonie mnie rozpacz, przytulę ją do siebie i nie będę chciał oddać. Jest moja, nie powinna leżeć w lodowatej kostnicy, do cholery! Jest taka drobna, delikatna, wrażliwa. Powinienem był zabrać z pokoju jej ulubiony koc.

Na miejsce docieramy szybciej, niżbym tego chciał. Nadal nie jestem gotowy, jednak kiedy tylko wchodzimy do szpitala, Nolan prosi pielęgniarkę, aby poinformować doktora, że już jesteśmy. Zjawia się chwilę później, wita nas uściskiem dłoni i prowadzi wzdłuż korytarza. Napięcie, jakie właśnie czuję wręcz rozsadza mnie od środka. Jestem koszmarnie zestresowany, przerażony i ledwo wlokę za sobą nogi.
- Cale szczęście, że dziewczyna posiadała przy sobie telefon, dzięki czemu mogliśmy się z Panem skontaktować. Poza tym nic o niej nie wiemy, te informacje są bardzo potrzebne - przytakuję głową, doktor otwiera białe drzwi i przepuszcza mnie pierwszego. Kiedy tylko widzę jej ciało, zamieram.
Stoję jak sparaliżowany, wpatruję się w jej bladą jak ściana twarz, zamknięte oczy, jasne włosy, a moje serce ponownie roztrzaskuje się w drobny mak. Nie potrafię poradzić sobie z widokiem przed sobą, wstrząsają mną przedziwne dreszcze, robi mi się słabo i nim się orientuję, tracę przytomność.



Gdybym miał choć jeden dzień
Powiedziałbym ci, jak bardzo za tobą tęsknię






niedziela, 25 marca 2018

Rozdział dwudziesty czwarty


Nie wiem ile czasu spędzam na stadionie. Mam wrażenie, że mija cała wieczność. Ściemnia się, jest mi zimno, cała się trzęsę, jednak nie wracam do pokoju. Nolan, Dylan i Adam nie przestają się do mnie dobijać, wciąż dzwonią, wysyłają wiadomości, ale ja ani drgnę. Siedzę na ziemi, na lodowatym betonie gapiąc się przed siebie. Z całych sił próbuję wyłączyć myślenie, zablokować mózg i nie pozwolić mu na wysyłanie obrazów, które zobaczyłam. A na filmiku widziałam siebie, Justina, nas w łóżku. Nasze splecione ciała, pożądanie wymalowane na twarzach, słyszałam jęki, ciche "kocham cię" z jego ust. Patrzył na mnie z miłością, dotykał twarzy, włosów, piersi, jakby chciał zapamiętać każdy zakamarek mojego ciała. Kochał się ze mną tak wiele razy, a teraz po prostu to nagrał i zapewne puścił w obieg. Ilu ludzi już to widziało? 

To wręcz nie do uwierzenia, że zemścił się na mnie w tak okrutny sposób. Kochałam tego człowieka z całego serca, oddałabym za niego swój ostatni oddech, a on ponownie mnie zdeptał. Nic już nie pozostało. Moja radość z życia, duma, po otrząśnięciu się z przeszłości, szczęście, że był obok mnie - to przepadło bezpowrotnie. Mam tylko nadzieję, że jest z tego dumny. Udało mu się mnie zabić, chociaż nadal żyję. 

Wracam do pokoju następnego dnia. Wlokę za sobą nogi, idę z opuszczoną ze wstydu głową i kompletnie wyłączonymi uczuciami. Kiedy tylko docieram na dzieciniec, czuję na sobie spojrzenia. Nie mam odwagi podnieść wzroku. Wcale nie muszę tego robić, aby wiedzieć, co chcą przekazać mi te wszystkie spojrzenia wrednych ludzi. Widzieli mnie w najbardziej żenującym momencie, co tu jest do powiedzenia? Słyszeli moje jęki, nasze czułe słowa, wyrazy miłości. Wykorzystał to, że byłam pijana i teraz jestem pewna, że Simon maczał w tym palce. Czy dosypał mi wtedy coś do drinka, skoro tak szybko odleciałam? Czy z premedytacją oddzielił mnie od Nolana, aby Justin mógł wprowadzić w życie swój koszmarny plan? Dlaczego to zrobił? Dlaczego tak potwornie mnie upokorzył? Taki był jego cel? Jeśli tak, wgrał.
- Och, Ivy. Ależ ty jesteś gorącą laską, skarbie - podnoszę głowę i zatrzymuję się przed chłopakiem, którego kojarzę tylko z widzenia. Oblizuje usta bezwstydnie mi się przyglądając, jakbym była panienką na telefon - Widziałem filmik i nie ukrywam, chętnie zamieniłabym się z Justinem. Co ty na to? Masz ochotę na szybki numerek? - zamieram na jego słowa i czuję się jak rzecz. Taka, którą ktoś przerzuca z ręki do ręki i nie ma dla niego większej wartości. Właśnie to zrobił ze mną Justin, miłość mojego życia - Mam wolny pokój. Mogę nawet zapłacić. Ile? - mam dość. Odpycham go, mijam i wbiegam do budynku. 
Łzy kapią po moich policzkach, przeskakuję schodki po dwa, aby jak najszybciej zamknąć się w pokoju, schować pod kołdrą. Prawie mi się to udaje, niestety zderzam się z Dylanem. Unosi moją głowę i wpada w panikę. Coś mówi, ale nic nie słyszę. Mój mózg nie rejestruje żadnego dźwięku, nic do mnie nie dociera. Uwalniam się z jego uścisku, przebiegam korytarz i wpadam do pokoju, zamykając go na klucz. Alayna unosi głowę, marszczy brwi i wpatruje się we mnie zaskoczona. Nie wypowiadam słowa, zsuwam buty, zdejmuję kurtkę i wskakuję do własnego łózka, mojego ratunku. Owijam się kołdrą po samą szyję, szlocham i ściskam w palcach czarną gumkę, szepcząc przez płacz; "to tylko sen. To tylko zły sen".


Nie opuszczam pokoju. Chłopcy zaglądają do mnie non stop, ale nie rozmawiam z nimi. Nie mogę przemóc się, aby wypowiedzieć choćby słowo. Jestem zamknięta w swoim własnym świece do którego nikt nie ma wstępu. Tylko tutaj czuję się bezpiecznie, nikt nie może mnie w nim skrzywdzić. Żal mi jedynie Nolana, który nawet nocuje ze mną, tuli do siebie, nie odstępuje i prosi, abym się wreszcie odezwała. Przynosi mi jedzenie, którego nawet nie tykam i momentami płacze razem ze mną, kiedy ponowie dopada mnie załamanie. Jestem jak wydmuszka, pusta w środku. Mój świat po prostu przestał istnieć.

Po dwóch dniach zostaję wezwana do dyrektora. Nie mam pojęcia, czego może ode mnie chcieć, jednak muszę wziąć się w garść i do niego pójść, chociaż wcale nie mam na to ochoty. Myśl, że muszę opuścić pokój napawa mnie przerażeniem. Znowu ściskam w palcach gumkę i staram nie rozpaść się ponownie.
W odbiciu lustra nawet nie rozpoznaję siebie, to zupełnie inna osoba. Już nie ma w jej oczach miłości, szczęścia, siły walki z całym światem. Jej oczy są puste, smutne, pozbawione blasku. Podchodzę do lustra, dotykam go i uważnie śledzę ruch palca, który sunie w różnych kierunkach. W którym kierunku ja mam pójść? W którą stronę skręcić, aby odnaleźć na drodze odrobinę nadziei na lepsze jutro? Czy kiedykolwiek będzie lepiej? Czy ten dziwny stan opuści mnie na dobre i będę mogła ruszyć dalej? Jak wtedy, kiedy ojciec mnie zniszczył, a ja kawałek po kawałku składałam swoje życie do kupy. Udało mi się, ponownie walczyłam i odnalazłam w sobie siłę. Gwen była ze mnie taka dumna! Tęsknię za nią.


Spoglądam na zegarek, czekając na godzinę zero, a właściwie siedemnastą. Siedzę na łóżku, ubrana, doprowadzona do porządku i wpatruję się w ścianę nad łóżkiem mojej współlokatorki. Są na niej jej zdjęcia, na których widok lekko się uśmiecham. Mała Alayna łowiąca ryby z tatą, babrająca się w kałużach i wtulona w mamę. Zaraz obok starsza Alayna z przyjaciółkami. Na imprezie, w kinie, na rolkach. Kiedy zobaczyłam te zdjęcia po raz pierwszy bardzo jej zazdrościłam, teraz nie czuję nic. Widocznie niektórzy ludzie nie zasługują na szczęśliwe zakończenie, jest ono zarezerwowane wyłącznie dla wybranych. Ja nie należę do tego grona. Słowa ojca potwierdzają się i chociaż próbowałam je wypierać, teraz nadszedł czas się z tym pogodzić. Moje życie nigdy nie będzie wyglądało tak, jakbym tego chciała. Porzuciła mnie osoba, której tak potwornie potrzebowałam. Nie zatroszczyła się o mnie, nie obdarzyła matczyną miłością. Zostawiła mnie z tyranem, który zamienił moje życie w koszmar i powtarzał, że jestem bezwartościowa, nikomu niepotrzebna. Chyba miał rację, bo wszystko zaczyna się sprawdzać. Matka odeszła, ojciec, chociaż mnie ranił, również odszedł. Wtedy, kiedy miałam odrobinę nadziei, że wreszcie los się odwrócił i jestem szczęśliwa, on też odszedł, miażdżąc moje życie niczym kartkę papieru. 

Opuszczam budynek, idę przed siebie owijając się ramionami. Na dziecińcu jest mnóstwo ludzi, śmieją się, rozmawiają, cieszą pięknym dniem. Widzą świat w kolorowych barwach, mój jest jedynie czarny. Nie dostrzegam już kolorów, na nic nie zwracam uwagi. Stawiam krok za krokiem, aż wreszcie dzieje się to, na co podświadomie czekałam. Słyszę te obrzydliwe słowa, które wwiercają się w mój mózg niczym wiertarka z udarem. Nie oszczędzają mnie, proponują pieniądze, komplementują moje ciało, piersi i krzyczą, jak chętnie by się mną zaopiekowali. Pytają, jaka jest moja ulubiona pozycja i czy mogą mnie związać i pieprzyć we dwóch jednocześnie. Wszystko podchodzi mi do gardła i cudem powstrzymuję wymioty. 
Skręcam w prawą stronę i oddycham z ulgą, kiedy przed moimi oczami ukazuje się budynek dyrektora. Chcę wejść jak najszybciej, niestety nic nie idzie po mojej myśli. Nagle wychodzi z niego Justin, a nasze oczy się spotykają. Przystaję w miejscu, gapię się na niego, a moje serce właśnie pęka definitywnie. Czuję, jak tama puszcza, jak wszystko ze mnie schodzi i spływa niczym wartki strumień. Jedynie, co dociera do mojej świadomości to mój własny szloch oraz swoje imię z jego ust. Tylko kątem oka widzę, jak rusza w moją stronę, zrywam się z miejsca, odwracam i biegnę przed siebie. Wpadam na kogoś po drodze, ledwo widzę przez łzy, ale zbyt dobrze czuję dłonie, które chcą wślizgnąć się pod moją bluzkę. Resztką sił odpycham się do umięśnionego ciała i ruszam dalej. Doskonale wiem, gdzie się udam. Do miejsca, które jest moim azylem, gdzie w spokoju będę mogła użalać się nad swoim beznadziejnym życiem.



Justin POV:
Sytuacja już dawno wymknęła się spod kontroli. Miałem świadomość, że przekraczam granicę, jednak nie potrafiłem się zatrzymać. Byłem przepełniony ogromnym gniewem, żalem, bezradnością. Musiałem patrzeć na Ivy w towarzystwie mojego przyjaciela, a krew zalewała mnie niczym fala tsunami. Nienawidziłem i jego, i jej! Czułem się zdradzony, wykiwany, oszukany. Dwójka ludzi, której ufałem bezgranicznie tak perfidnie to zaufanie wykorzystała. Kiedy Meredith pokazała mi ten film nie miałem żadnych wątpliwości. Ivy i Nolan spędzali ze sobą mnóstwo czasu, wystarczyła zaledwie iska, aby akcja poszła do przodu. Żałuje się dopiero po fakcie i widziałem, jak Ivy cierpiała. Wciąż wypierała się, że mnie nie zdradziła, a ten idiota potwierdzał jej wersję. Kiedy wczoraj dorwał mnie na siłowni wręcz wykrzyczał mi w twarz, że jestem niedorozwiniętym dzieckiem i powinienem się leczyć! Wpadłem w szał i pięści poszły w ruch. Kiedy już ochłonęliśmy powiedział mi, że nigdy nie dotknął Ivy w ten sposób. Przyznał nawet, że podoba mu się Rosalie i zaczęli umawiać się na poważnie. Brzmiał tak szczerze, że aż nie mogłem odwrócić od niego wzroku. Po raz pierwszy dopadły mnie wątpliwości, czy faktycznie słusznie postąpiłem osądzając Ivy i nie pozwalając jej na wyjaśnienia. Nolan zapewnił mnie, że cholernie cierpi i kocha mnie najbardziej na świecie. Poczułem się jak skończony idiota i nienawidziłem siebie za to, czego się dopuściłem. Z rozgoryczenia nagrałem ten przeklęty filmik, jednak kiedy zobaczyłem ją na korytarzu taką smutną, załamaną, zakazałem Simonowi go publikować. Mimo to nie posłuchał, a film ujrzał światło dziennie. Upokorzyła mnie przy wszystkich, zadrwiła ze mnie! Chyba chciałem pokazać jej, że nigdy żadna dziewczyna nie zrobiła tego, co ona i nie mogę zostawić tego bez odpowiedzi. Nie wiem, co sobie wtedy myślałem. Naprawdę nie wiem! Doskonale wiedziałem, że Ivy jest wrażliwa, jak wiele przeszła w dzieciństwie, a ja jej dołożyłem. Ludzie nie mieli dla niej litości, wciąż gadali o filmiku i jej zajebistym ciele. Wystarczyły zaledwie dwie godziny zajęć na których nasłuchałem się, jak dobrą jest dupą i jak cholernie zazdroszczą mi, że mogłem ją mieć. A ja siedziałem bez ruchu, gapiłem się we własne dłonie i czułem się jak ostatnia świnia. Wyrzuty sumienia wręcz nie przestawały mnie gryźć, jednak zasłużyłem na to. Wszystko potoczyło się fatalnie, powinienem był odpuścić, wysłuchać jej wersji i wtedy podjąć decyzję. Niestety gniew wyszedł na pierwszy plan i nic innego nie miało znaczenia. Przez swoją głupotę straciłem kogoś, kto był dla mnie najważniejszy. A najgorsze było to, że tego nie dało się już naprawić. 




Ivy POV:
Ponownie spędzam noc na stadionie. Nolan nie dawał spokoju i szukał mnie tutaj. Obserwowałam go z ukrycia i specjalnie wybrałam inny sektor. Wiedział już, że siedem to moja ulubiona liczba i szukał mnie tam w pierwszej kolejności. Nienawidziłam siebie za to, że traktowałam go jak intruza, niestety nie potrafiłam inaczej. Przynajmniej nie w tej chwili. Teraz chciałam być sama, na spokojnie przetworzyć to, co się wydarzyło. Nie sądziłam, że słowa im nie wystarczą i posuną się znacznie dalej. Natychmiast przypomnieli mi się "wujkowie" 
i ich dłonie na moim ciele. Były tak samo nieustępliwe, nie uznające odmowy, natarczywe. Czułam je wszędzie, napawały mnie odrazą, obrzydzeniem, a ojciec uśmiechał się szyderczo i zakazał się wiercić. Miałam się poddać i pozwalać im na to okropieństwo. Mimo wszystko walczyłam z całych sił, a potem przypłacałam to laniem. Ojciec wydzierał się, jak bardzo rozczarowałam go swoim zachowaniem, nie okazaniem posłuszeństwa. Gdyby jego sekret nie wyszedł na jaw, myślę, że byłby w stanie sprzedawać moje ciało. Skoro nie przeszkadzało mu to, że jego obrzydliwi kumple obmacują jego dziecko, cóż powstrzymałoby go przed posunięciem się jeszcze dalej? Miałby z tego korzyść, a i tak dla niego byłam czymś bezwartościowym. I nachodzi mnie kolejna, smutna myśl. Jestem na tym świecie całkiem sama, nie mam dla kogo walczyć, starać się, żyć. Skoro nikomu na mnie nie zależy, po co mam się męczyć, pozwalać ludziom, aby tak potwornie mnie ranili? Czy naprawdę sobie na to zasłużyłam?
Układam zmarznięte ciało na zimnym betonie, zwijam się w kulkę i ściskam w palcach czarną gumkę. Nie mam pojęcia, co począć dalej. Wiem jedno; nie chcę być w tym miejscu, które do granic możliwości przesiąknięte jest nienawiścią. W tych ludziach nie ma nic dobrego, chłoną moje cierpienie niczym gąbka, mając dzięki temu rozrywkę. Kiedy ich bawi moja rozpacz, ja tonę coraz głębiej. I kiedy próbuję ostatkiem sił wygrzebać resztkę nadziei, unieść dumnie głowę, nagle widzę światełko w tunelu. Przede mną leży rozbita, zielona butelka po tanim winie. Kilka kawałków szkła rozrzucone są po betonie, a ja bez wahania chwytam jeden z nich. Oglądam go z zaciekawieniem i myślę, jakby to było po prostu umrzeć, zniknąć. Nagle wszystkie troski uciekłyby w siną dal, a ja mogłabym odetchnąć z ulgą. Nie chcę więcej cierpieć, nie chcę być poniżana, mieszana z błotem i traktowana jak rzecz. Nigdy więcej nie chcę się zakochać, być szczęśliwa, uśmiechnięta. Nie chcę żyć, nie w ten sposób, nie na tym świecie. Po co wciąż walczyć?
Siadam, opieram plecy o krzesełko i zsuwam z siebie kurtkę. Trzęsę się z zimna, jednak ignoruję to uważnie oglądając trzymane w mojej dłoni szkło. W moich myślach pojawia się twarz Justina, jego uśmiech, urocze poduszeczki pod oczami, zmierzwione włosy, niemal słyszę jego radosny śmiech. Mogłabym patrzeć na niego przez jedną minutę i znaleźć tysiąc rzeczy, które w nim kocham.




30 minut, by wyszeptać Twe imię
30 minut, by unieść winę
30 minut rozkoszy, trzydzieści kłamstw
30 minut, by ostatecznie zdecydować
Justin POV:
Po spotkaniu Ivy na dziedzińcu rozpacz pochłania mnie doszczętnie. Minęło kilka godzin, kiedy ją widziałem i próbowałem odnaleźć. Zniknęła mi z oczu, kiedy moja pieść spotkała się z twarzą Harrego, który perfidnie włożył dłonie pod jej bluzkę. Krew się we mnie zagotowała, straciłem nad sobą panowanie i po prostu mu przyjebałem. Ivy doskonale wykorzystała ten moment na ucieczkę i było już za późno. Ruszyłem za nią chwilę później, jednak do tej pory jej nie znalazłem. Tak bardzo chciałem wziąć jej drobne ciało w ramiona i 
prosić o wybaczenie. Przyłapuję się nawet na tym, że mam w dupie to, czy naprawdę mnie zdradziła, czy nie. Pragnę jej bez względu na wszystko i będę walczył do ostatniej kropli krwi, aby naprawić to, co tak łatwo zjebałem. Nie pozwolę jej odejść, jest dziewczyną, z którą chcę spędzić resztę swojego życia. Jak mogłem być tak zaślepiony tym filmikiem i gniewem, żeby odwalić takie gówno?! Niech to szlag, nie jestem takim człowiekiem! Rodzice inaczej mnie wychowali i teraz byliby zawiedzeni moim zachowaniem. Jilian nigdy w życiu nie wybaczy mi tego, co zrobiłem Ivy. I całkiem słusznie. 

Wychodzę na dziedziniec, gdzie panuje zamieszanie. Razem z Nolanem przepychamy się przez tłum i wreszcie docieramy do chłopaka, który trzyma w dłoni telefon, a ludzie gapią się w niego z przerażeniem. Nic z tego nie rozumiem, podchodzę więc bliżej wyrywając mu sprzęt z dłoni. To, co widzę mrozi krew w moich żyłach. Czuję, jakby ktoś przypierdolił mi obuchem w łeb, a wszystko wokół zaczyna wirować.
- Ivy popełniła samobójstwo, stary - chłopak szepcze cicho, patrząc na mnie smutno. Nie dociera do mnie to, co właśnie wyszło z jego ust. To nie może być prawda. Moja mała, kochana biedroneczka odeszła...





Chłód i cień 
Już czas na sen 
Zachód słońca żegna dzień 
I ścichł Twój szept 
Twój wzrok też zgasł 
Wokół tylko cisza

Znów jest zmierzch 
Bez gwiazd, wśród łez 
Każda myśl to cierń. 
Bo los z nas drwi, 
Drwi z nas co dzień. 





sobota, 24 marca 2018

Rozdział dwudziesty trzeci

Budzę się w pokoju Nolana. Zanim mam szansę otworzyć oczy, natychmiast przykładam dłoń do bolącej głowy. Krzywię się na dziwne pulsowanie w skroniach, próbując przypomnieć sobie, jakim cudem dotarłam do domu. Ostatnie, co przedostaje się do mojej głowy to picie z chłopcami w kuchni oraz wyjście z Simonem na zewnątrz. Nie mam pojęcia, jak do cholery znalazłam się w łóżku. Czy to Nolan mnie tutaj dotaszczył? Jeśli tak, będę musiała mu za to podziękować. Zdecydowanie nie powinnam pić z chłopakami z mojej grupy. Są czasami zbyt szaleni, rozrywkowi i to było do przewidzenia, że skończę sponiewierana.
- Och, obudziłaś się - przekręcam głowę, a widok pół nagiego Nolana mnie zawstydza. Uśmiecha się szeroko, jego biodra owinięte są białym ręcznikiem, a drugim wyciera włosy - Dochodzi prawie czternasta, ja też niedawno zwlokłem tyłek z łóżka. Wybacz, że cię wczoraj zostawiłem. Rosalie mnie dopadła.
- Zostawiłeś mnie? - marszczę brwi, siadam i masuję czoło - Więc to nie ty położyłeś mnie do łóżka?

- Nie? - odpowiada pytająco i patrzy na mnie podejrzanie - Simon powiedział, że poszłaś do domu.
- Naprawdę? To dziwne, bo mi powiedział, że za kilka minut wrócisz tylko musisz zaliczyć jakąś dziunię.

- Nic z tego  nie rozumiem - mój brzuch zaciska pięść niepokoju, a głowę zalewają złe przeczucia. Skoro Simon powiedział naszej dwójce zupełnie coś innego, czy w ten sposób chciał nas ze sobą rozdzielić? Tylko po co miałby to robić? - Pogadam z nim, dowiem się więcej. A teraz ogarnij się, musimy coś przekąsić.
- To jest świetny pomysł - uśmiecham się, wyskakuję z łózka, ale natychmiast się krzywię. Zginam się w pół, przykładam dłoń do podbrzusza i zaciskam usta z bólu - O kurwa mać, chyba umieram, Nolan!
- Co się dzieje, Ivy? - zrywa się na równe nogi, układa dłoń na moim plecach głaszcząc je czule.
- Nie wiem, wszystko mnie boli - podnoszę się, oddycham głęboko, jednak coś mi tutaj nie pasuje - Moje ciało jest jak z waty, dosłownie! - masuję dół brzucha, zastanawiając się, co to do cholery ma znaczyć?!
- Nie znam się na tym, ale może nadchodzą te dni? Wiesz... humorki, fochy, objadanie się, beksowanie?
- Och, masz na myśli okres? - chichoczę, a Nolan wystawia kciuk ku górze - Możliwe, powinnam go dostać na dniach. Bosko! - burczę pod nosem, szukam w szafie świeżych ciuchów i człapię do łazienki. 


Po prysznicu czuję się o wiele lepiej. Głowa przestaje pulsować, chociaż w brzuchu wszystko przewraca się na drugą stronę. Nolan ma rację, pewnie to zbliżający okres daje o sobie znać, więc nic dziwnego, że ledwo żyję. Nie raz potrafi dać mi nieźle w kość, wyłącza z życia nie pozwalając normalnie funkcjonować. Cóż, muszę sobie z tym poradzić, w końcu przechodzę to co miesiąc. Wezmę tabletkę, to powinno pomóc.
Zbieram ubrania, wkładam buteleczkę toniku do kosmetyczki, a moje życie ponownie robi sobie ze mnie żarty. Justin niespodziewanie wchodzi do łazienki, a serce podskakuje mi do gardła. Wygląda koszmarnie! Jego włosy sterczą na każdą stronę, ma worki pod oczami i kaca wymalowanego na twarzy. Na pierwszy rzut oka widać, iż poprzedniej nocy solidnie przesadził, a spora ilość alkoholu plus seks mogą wykończyć. 

- Och, nie wiedziałem, że tutaj będziesz - przerywa ciszę, odkłada swoje rzeczy na blat i odkręca wodę. Ochlapuje twarz zimną wodą, staram się nie gapić na niego jak ciele w malowane wrota i zajmuję się rozczesywaniem wilgotnych włosów. Nienawidzę siebie za to, że nadal tutaj jestem. Powinnam wyjść jak tylko wszedł, jednak koszmarnie za nim tęsknię i choć przez chwilę mogę na niego popatrzeć. Serce wręcz wyrywa się do niego, bije jak szalone i chce wyskoczyć mi gardłem. Jest tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Wystarczy, że wyciągnę rękę, a dotknę jego ramienia - Odleciałaś. Mówię do ciebie! - podnosi głos, aż podskakuję. Znudzony przewraca oczami, jakby nie chciał mojego towarzystwa - Mam zamiar wziąć prysznic, pytałem, czy chcesz być tego świadkiem? - o, Boże! Nie! - Wiele razy robiliśmy to wspólnie, mimo tego, że nie jesteśmy już razem, mogę zrobić wyjątek i zadowolić cię tutaj. Na pewno jesteś spragniona, skoro nikt cię już nie pieprzy. Ach! Zapomniałem o moim przyjacielu, wybacz - mruga okiem i zsuwa z siebie dresowe spodnie oraz bokserki. Nie wzrusza mnie widok jego nagiego ciała, ponieważ moje serce kolejny już raz pęka na milion kawałków. Wystarczyło tylko kilka słów, a ponownie mnie złamał - Mam nadzieję, że jego kutas daje ci dużo przyjemności. Powiedz, jest lepszy ode mnie? Posuwa cię tak, jak lubisz, kochanie? Mocno, czasami nawet brutalnie? Zna twoje czułe miejsca? Nauczył się ciebie? - moja warga drży. Stoję jak słup soli, moje nogi wrosły w podłogę, a on katuje mnie bez grama litości. Jego słowa są obrzydliwe, ranią mnie jak nic innego, ale on chyba dobrze się bawi. Widok moich łez sprawia mu przyjemność - Dlaczego płaczesz? Zapytałem tylko, czy mój przyjaciel dobrze się sprawuje, to chyba nic złego? Zasługujesz na dobrego kutasa, biedroneczko. Takiego, który porządnie cię zerżnie, zadowoli.
- Nie martw się o mnie - robię krok w tył, wreszcie budzę się z transu i uwalniam od jego zapachu. Jeszcze kilka sekund temu chciałam błagać go, aby mnie wysłuchał i pozwolił wyjaśnić, jak wielkie zaszło nieporozumienie. Teraz to nagle znika, a moja nienawiść do niego się pogłębia. Mam dość grania ofiary, w którą co rusz wbija szpilki - Nolan świetnie się sprawuje, a jego kutas to niebo - mówię to beznamiętnie, obojętnie, jednak moje słowa natychmiast na niego działają. Zaciska szczękę, zwija dłonie w pięści i patrzy na mnie wściekły. Cóż, sam tego chciał, więc proszę! - Jestem zaspokojona, zadowolona i wręcz nie opuszczamy łózka. To chciałeś usłyszeć? - unoszę głowę, wlepiając wzrok w jego piękne oczy. Mam ochotę rzucić się na niego, wykrzyczeć, jak cholernie mocno go kocham i nigdy nie byłabym w stanie go zdradzić, ale i tak mi nie uwierzy. Już spisał mnie na straty - Mimo wszystko dziękuję za troskę, Justin. To słodkie z twojej strony - posyłam mu smutny uśmiech, biorę swoje rzeczy i czym prędzej opuszczam łazienkę. 

Nolan zabiera mnie do miejsca, w którym kiedyś byłam z Justinem. Jako jedyne otwarte jest w Nowy Rok i dziwię się, że właścicielka zamiast odpoczywać, pracuje. Dzięki temu możemy zjeść pyszną jajecznicę oraz wypić mocną kawę, która stawia mnie na nogi. Zdążyłam również nieco uspokoić się po rozmowie z Justinem, chociaż jego słowa nadal odbijają się echem w mojej głowie. To niewiarygodne, jak dwójka niedawno zakochanych w sobie ludzi teraz skacze sobie do gardeł. Powiedzenie, że cienka jest linia między miłością, a nienawiścią idealnie sprawdza się w naszym przypadku. Kocham go, jednocześnie nienawidząc.
- Powiesz mi, co wydarzyło się w łazience? Wróciłaś blada jak ściana i powstrzymywałaś łzy. Gadaj, Ivy.
- A jak myślisz? Moje życie to porażka i oczywiście znając moje szczęście Justin musiał akurat wejść! Zaczął pieprzyć głupoty, czy jesteś lepszy od niego, czy twój kutas daje mi przyjemność i takie tam. Mimo wszystko zabolało - Nolan wznosi oczy ku niebu i parska wkurzony - Wyprowadził mnie z równowagi. Przez moment chciałam wyjaśnić mu wszystko, poprosić, żeby mnie wreszcie wysłuchał, ale po tych słowach tak mnie wkurwił, że chciałam mu dopiec tak samo mocno, jak on mnie. Traktuje mnie jak dziwkę, wiesz?
- Ponieważ zraniłaś jego wybujałe ego! Kocham go jak brata, ale czasami doprowadza mnie do szału! Jest taki tępy i niekumaty! Jak sobie coś wmówi, to nie ma przebacz. Uwierzył w coś, co nie jest prawdziwe i teraz zgrywa wielce skrzywdzonego. Dlatego tak się zachowuje i na każdym kroku cię maltretuje. W dodatku wczoraj na imprezie nieźle mu pojechałaś, słyszeli to wszyscy i zapewne już rozniosło się wśród studentów, że zagrałaś mu na nosie. Wiesz, to on zawsze rozdawał karty, aż nagle pojawiła się taka urocza dziewczynka jak ty i obróciła karty przeciwko niemu. I tak jestem z ciebie dumny, dobra robota.
- Nie chciałam tego robić, Nolan. Nie mam zamiaru iść w jego ślady i zachowywać się tak dziecinnie. Niestety wspólne studiowanie będzie dla mnie prawdziwą męką. Widok jego z inną dziewczyną będzie łamać mnie na nowo, a to oznacza, że nigdy nie będę w stanie pójść dalej. Zatrzymam się w miejscu.
- To nieprawda, Ivy - kręci głową i chwyta moja dłoń - Przeszłaś tak wiele w swoim życiu, jesteś niesamowicie silna i z tym też dasz sobie radę. Pewnego dnia ten dupek się ogarnie, zrozumie, że uwierzył w to gówno bezpodstawnie i jeszcze przyjdzie prosić o wybaczenie. Sam mam zamiar mu to wszystko wygarnąć, tylko musi nieco ochłonąć i przestać dąsać się jak małe dziecko. To wręcz żałosne.
- Masz rację. Jednak kiedy tylko staniesz w drzwiach jego pokoju znowu wpadnie w furię i się zacznie.
- Nie obawiaj się, umiem sobie z nim poradzić. Nie takie akcje przechodziliśmy, chociaż nie ukrywam, ta jak do tej pory jest najgorsza. Nigdy wcześniej nie oskarżył mnie o pieprzenie swojej dziewczyny, no ale nigdy też nie był w związku. Nie myśl sobie, że mnie to nie zabolało. Ufaliśmy sobie bezgranicznie.
- Dlatego dziwi mnie to, że nie dał sobie nic przetłumaczyć. Dlaczego do cholery nie chciał nas wysłuchać?
- To bardzo proste. Justin był o mnie zazdrosny, co też mi powiedział - och! Nie miałam pojęcia, że o tym rozmawiali - Często spędzaliśmy razem czas, oglądaliśmy seriale i leżeliśmy w łóżku. Dla nas to nic wielkiego, po prostu przyjacielska relacja, ale dla niego to powód do robienia scen. Skoro byłaś u mnie w samym ręczniku, skradałaś się przez korytarz cóż innego mógł sobie pomyśleć? Dla niego sytuacja była oczywista - wzrusza ramionami, upija łyk kawy i spogląda przez okno - Nie chcę stracić przyjaciela.
- To wszystko moja wina - zaciskam usta, a poczucie winy uderza we mnie niczym tona cegieł - Nie powinnam aż tak się do ciebie zbliżyć. Teraz Justin nie odzywa się do ciebie z mojego powodu.
- Nie pozwalam ci tak myśleć! - mówi surowo i wbija we mnie intensywne spojrzenie - Nic z tego nie jest twoją winą, Ivy. Ludzie się ze sobą przyjaźnią, to normalne. Nie zrobiliśmy nic złego, mamy czyste sumienie, więc przestań się zadręczać. Nie odbiłbym przyjacielowi dziewczyny, ale chcę, abyś była moją przyjaciółką - jego słowa mnie rozczulają. Jest naprawdę świetnym człowiekiem - Głowa do góry, okej?

- Postaram się i dziękuję ci za wszystko. Pamiętam, jak pomogłeś mi jak tutaj przyjechałaś. Już wtedy wydawałeś mi się spoko i proszę, wcale się nie pomyliłam - uśmiecham się szeroko, a Nolan robi mały ukłon - Wiesz, przypomniałam sobie coś, co powiedział Justin. Wspomniał, że przegrałeś zakład. O co chodzi?
- Nie będę owijał w bawełnę, po prostu spodobałaś mi się od pierwszego wejrzenia - mruga okiem, a ja się zawstydzam. Mnie też się podobał - Chciałem się obok ciebie zakręcić, a kiedy Justin cię poznał chciał zrobić to samo. Jako, że jesteśmy dla siebie praktycznie jak bracia, postanowiliśmy rozegrać mały meczyk w kosza i rozstrzygnąć, kto ma pierwszeństwo. Ograł mnie i odpuściłem. Tak działa męska przyjaźń.
- Wow, nie ukrywam, zaskoczyłeś mnie - upijam łyk kawy i myślę sobie, jakby to było gdyby jednak Nolan wygrał. Na początku nie zwracałam uwagi na Justina i bardziej rozglądałam się za Nolanem. Gdyby odpuścił, z pewnością umawiałabym się z moim przyjacielem. Może nasz związek wyglądałby zupełnie inaczej? - Już się bałam, że założyliście się, który z was jako pierwszy zaciągnie mnie do łóżka.
- Zwariowałaś?! Moja droga, w takie rzeczy bawiłem się w szkole średniej. Teraz już jestem na to zdecydowanie za stary - śmieje się głośno i szybko do niego dołączam. Uwielbiam tego gościa.


Tydzień po rozstaniu z Justinem wraca współlokator Nolana, Greg. Jest to dla mnie smutna wiadomość, ponieważ nie pozostaje mi nic innego, jak wrócić do Alayny. Mój przyjaciel pomaga mi przenieść wszystkie rzeczy i burczy pod nosem, że wcale mu się to nie podoba. Tak, mam dokładnie tak samo. Przyzwyczaiłam się do jego obecności i muszę przyznać, że fajnie mi się z nim mieszkało. Nolan jest bezproblemowym współlokatorem i dzięki niemu dokończyłam sezon mojego ulubionego serialu. Będzie mi tego brakować.
- Pamiętaj, że jestem tylko kawałek dalej i jeśli coś będzie nie tak, wal do mnie śmiało. Rozumiemy się?
- Oczywiście! Dziękuję - staję na palcach i przytulam się do jego ciała - To działa również na odwrót.
- Na pewno skorzystam i to nie raz. Nie myśl sobie, że tak łatwo pozbędziesz się mnie ze swojego życia.
- Ja wcale nie chcę pozbywać się ciebie ze swojego życia, wręcz przeciwnie, zostaniesz w nim na zawsze?
- Oczywiście! - porusza brwiami i uśmiecha się szeroko - Jesteś pewna, że sobie z nią poradzisz?

- Łatwo nie będzie, ale mam zamiar ją ignorować - przekręcam głowę niepewnie spoglądając na Alaynę, która siedzi na swoim łóżku i trzyma laptopa na kolanach - Nie skomentowała mojego powrotu, więc pewnie jest jej to obojętne. Gorzej, bo będzie musiała umawiać się na schadzki z Dylanem gdzie indziej.
- Biedaczysko! Naprawdę mu się spodobała i był wściekły, że musiał z powrotem wrócić do Justina, ale jest mnóstwo miejscówek, gdzie mogą się pieprzyć - szepcze cicho i zadziornie mruga okiem - A teraz uciekaj, bo jest już późno. Widzimy się jutro na zajęciach, nie zaśpij! Jaka szkoda, że trzeba wrócić do szarej rzeczywistości - wygina usta w podkówkę, cmoka mnie w czoło i człapie przez korytarz do swojego pokoju.
- Och, jaki słodki widok - przekręcam głowę, a serce podchodzi mi do gardła. Justin uważnie ogląda mnie z góry na dół, a na jego ramieniu uwieszona jest... Meredith. Ten widok boli mnie jak jasna cholera! Wbił kolejną szpilkę w moje podziurawione doszczętnie serce. Wybrał ją, mimo tego, co odwaliła - Skończyło się wspólne mieszkanie? Ojej, jak mi przykro, biedroneczko - robi maślane oczy, ale nie działa to na mnie.
- Nie nazywaj mnie tak, Justin. Już nie jestem biedroneczką - marszczy brwi i wygląda tak, jakbym go uraziła. Meredith chichocze, chociaż nie było w tym nic śmiesznego - Pięknie razem wyglądacie. Gratuluję, Meredith. Jednak udało ci się odzyskać to, co należy do ciebie - uśmiecham się smutno, a twarz Justina natychmiast się zmienia. Maska obojętności spada ukazując wszystkie uczucia, którymi darzył mnie jeszcze kilka dni temu. Patrzy na mnie wręcz żałośnie, jakby chciał bez słów pokazać, że wcale nie należy do Meredith, a do mnie. Niestety sam tak zdecydował, odrzucił mnie, zdradził i kaleczył moje serce przykrymi słowami. I znowu pod wpływem jego spojrzenia chcę błagać go o szansę, aby to wszystko jeszcze naprawić. Nie marzę o niczym innym, jak przytulić się do jego ciała i poczuć kokon bezpieczeństwa, miłość, oddanie. Jeszcze chwila i naprawdę się złamię, więc pozostaje mi tylko jedno; ucieczka - Dobranoc. Miłej nocy.
- Dobranoc, Ivy - krzywię się na skrzeczący, fałszywy głos tej suki - Chodź, kochanie. Nie marnujmy więcej czasu. Przed chwilą powiedziałeś, jak bardzo mnie pragniesz. Dokończmy to, co zaczęliśmy. Jestem na ciebie napalona - dumnie unosi brodę, pokazując mi swoją przewagę. Popycham drzwi i zanim zamykam je za sobą, słyszę jeszcze, jak Justin mówi do Meredith, aby Simon nie robił tego, o co go poprosił. 


Po słodkim lenistwie powrót do nauki wcale nie jest taki prosty. Na zajęciach nie mogę się skoncentrować i zastanawiam się, jakim cudem mam zaliczyć zbliżającą się sesję? Czeka mnie mnóstwo nauki, a ja nie mogę się na niczym skupić. Wpatruję się w widok za oknem, podpieram głowę na dłoni i wspominam coś, o czym muszę zapomnieć. On już poszedł dalej, ile więc musi upłynąć czasu, abym i ja zrobiła to samo?

Między zajęciami kupuję kawę i korzystając z ładniej pogody idę na stadion. Siadam w siódmym rzędzie i upajam się panującą tutaj ciszą. Ucieczka od ludzi dobrze na mnie wpływa. Całkiem niedawno śmiali się ze mnie z innego powodu, teraz nabijają się z mojej zdrady, w którą każdy uwierzył. Nawet jeśli faktycznie ów zdrada miałaby miejsce, dlaczego tylko ja obrywam? W ich oczach Nolan jest bohaterem, ponieważ mnie zaliczył. Mózg ludzi działa naprawdę dziwnie i wręcz uwielbiają upajać się czyjąś porażką. Nigdy nie potrafiłabym się śmiać z kogokolwiek, szczególnie, gdyby przeszedł w swoim życiu przez coś paskudnego. Jestem pełna współczucia, bo sama cierpiałam. Ludzie, którzy nie zaznali krzywdy nigdy nie będą w stanie pojąć, jak bardzo boli odtrącenie. Nie życzę tego największemu wrogowi. Nikt na to nie zasługuje.
Moje przemyślenia przerywa dzwonek telefonu. Wyjmuję go z kieszeni kurtki, uśmiecham się i odbieram.
- Pod żadnym pozorem nie sprawdzaj poczty, Ivy! - głos Nolana brzmi rozpaczliwie, a mój uśmiech natychmiast znika - Nie waż się tego otwierać, obiecaj mi. Proszę! - krzyczy, a ja zaczynam się bać.
- Dlaczego? Co takiego jest w tym e-mailu, że nie mogę go otwierać? Czy to coś, co dotyczy mnie?
- Niestety tak, ale błagam cię, nie oglądaj tego. Dobrze? - marszczę brwi i orientuję się po jego słowach, że to musi być film - 
Chcę być przy tobie, Ivy. Gdzie jesteś? Powiedz mi, a będę tam za sekundę!
Nie odpowiadam, urywam połączenie, włączam internet i zaglądam na pocztę. Faktycznie mam nowego e-maila, klikam na niego czekając, aż się załaduje. Nie znam odbiorcy, ale to nie jest ważne. Kiedy wciskam play i dociera do mnie, co to jest, żółć podchodzi mi do gardła. Wpatruję się w wyświetlacz nie będąc w stanie nawet mrugnąć. Nie potrafię ująć w słowa tego, co teraz czuję, a mam wrażenie, że moje ciężko odzyskane życie ponownie rozpada się w drobny mak. I kiedy myślałam, że Justin już niczym mnie nie zaskoczy, on posyła mnie na samo dno, wprost w ramiona demonów, które otulają mnie czarną mgłą. 




Za oknem cisza, najcichsza jaką znam
Taka przed burzą, co zrywa dach







**********************************************
Hejka :)
Z waszych głosów prawie jednogłośnie wybrałyście weekend z Ivy, więc proszę!
Zapraszam jutro na kolejny rozdział.


Kilka z was pisało, dlaczego Justin się tak zachowuje i dlaczego nie mogą na spokojnie porozmawiać. Te osoby, które są ze mną od baaardzo dawna wiedzą, że w moich opowiadaniach zawarte są fragmenty mojego życia. Tutaj również. Reakcja Justina to kropka w kropkę reakcja mojego ex. Z tym wyjątkiem, że mój ex nie dostał filmu, a zwykłe zdjęcia, na których przytulam mojego przyjaciela. Nie poczekał na wyjaśnienia, sam dopowiedział sobie resztę. Więc jak same widzicie, zazdrość rządzi się swoimi prawami potrafiąc całkowicie zasłonić oczy :(


Do jutra!
Ściskam was
Kasia